Biznes Ludzie Pieniądze

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum Wiadomości gospodarcze

Wymiećmy spod kołdry brudy informatyzacji

Rozmawiali Tomasz Grynkiewicz i Przemysław Poznański
2009-09-21, ostatnia aktualizacja 2009-09-22 11:44

By posprzątać bałagan w e-administracji, trzeba skończyć z utajnianiem dokumentów. I zakazać przetargów dwa razy na to samo - mówi "Gazecie" analityk Jarosław Żeliński

Jarosław Żeliński
fot.: Albert Zawada
Jarosław Żeliński
Styczeń, najpóźniej luty 2010 r. - to data wprowadzenia e-administracji w Polsce - zapowiedział we wczorajszej "Gazecie" wiceminister MSWiA Witold Drożdż. Na początek przez internet załatwimy ponad 100 urzędowych spraw.

Dostaniemy w ten sposób np. zaświadczenie o utracie dowodu osobistego, złożymy wniosek o budowę ogrodzenia, wycinkę drzew na działce czy posiadanie psa rasy uznawanej za agresywną. Jak ma to działać? Każdy z nas będzie mógł założyć na elektronicznej platformie usług administracji publicznej (ePUAP) własne konto - tzw. profil zaufany. To pozwoli załatwiać zdalnie urzędowe sprawy bez potrzeby posiadania podpisu elektronicznego. Po zalogowaniu znajdziemy link do potrzebnej usługi i sprawdzimy, czy nasz urząd ją świadczy. Jeśli tak - pozostanie już tylko wypełnić i wysłać formularz.

Rzeczywistość może jednak nie być tak różowa. Na drodze do e-administracji są przeszkody, które szybko trzeba zlikwidować - o patologiach w polskiej informatyzacji opowiada "Gazecie" Jarosław Żeliński, analityk i doradca w branży teleinformatycznej.

Tomasz Grynkiewicz, Przemysław Poznański: Z kimkolwiek rozmawiamy, jedno zdanie powtarza się niezmiennie: w polskiej informatyzacji jest bałagan.

Jarosław Żeliński*: Powiem więcej - jest i niektórym nie zależy na tym, by go sprzątać. Im większy bałagan, tym łatwiej zarabiać na braku wiedzy, koordynacji etc. I odnoszę niestety wrażenie, że największym orędownikiem bałaganu są firmy informatyczne. Co zresztą przyznają w kuluarach różnych konferencji przedstawiciele tych firm. "Za etykę nam nie płacą" - słyszałem nieraz. Uprzedzę jednak pytanie: nazw podawać nie będę, daleki jestem od wytykania palcami, nie czuję się ani prokuratorem, ani sędzią. Problem tkwi gdzie indziej.

Gdzie?

- Jeśli mamy przetargi na systemy informatyczne i cały ten bałagan funkcjonuje zgodnie z prawem, a w większości przypadków tak jest, to tu jest potrzeba zmiany. Ludzie zawsze będą robili to, czego im prawo nie zabrania. Jeżeli zostawi się lukę firmom informatycznym, to one też zrobią wszystko to, czego im prawo nie zakazuje, np. będą zasypywać protestami, co przeciąga przetargi i przeszkadza konkurentom.

Skoro zmiany są konieczne, od czego zacząć kurację?

- Choćby od prostego zakazu: nie wolno ogłaszać przetargów na taki sam projekt więcej niż raz! Przykładów takich patologii daleko szukać nie trzeba. W Polsce mamy gmin prawie 2,5 tys. Proszę zobaczyć, co się dzieje, gdy dowiadują się, że weszła ustawa nakładająca na samorządy jakiś obowiązek. Gminy są z tym faktem pozostawione same sobie. Organizują więc niemalże 2,5 tys. przetargów na dokładnie to samo. To marnotrawstwo pieniędzy podatnika.

Przykład?

- Banalny system obiegu dokumentów. Wszystkie urzędy załatwiają sprawy tego samego typu - formalnie - w identyczny sposób. To dlaczego dwa różne urzędy, zupełnie od siebie niezależnie, opracowują specyfikację systemu obiegu dokumentów? Przetargi wygrywają różne firmy, a urzędy dostają dwa różne systemy, nieraz zupełnie ze sobą niekompatybilne.

A przecież wystarczyłoby najpierw zlecić przetarg na założenia do systemu informatycznego - jak ma wyglądać elektroniczny obieg dokumentów w urzędzie. Nie w urzędzie w Zakopanem, nie w urzędzie w Kołobrzegu, tylko w każdym dowolnym urzędzie danego szczebla. Zwycięski projekt byłby opublikowany i dostępny dla wszystkich. I dopiero wtedy urzędy rozpisywałyby przetargi lokalne na dostawę, a dostawcy musieliby wykonać ten system co do joty, według ogólnokrajowych założeń. Takie podejście ma jednak jedną wadę - nie dałoby się mataczyć zakresami projektu, tak jak przy obecnym bałaganie.

Rozumiem, jeżeli jakaś ustawa wprowadza obowiązek wyłącznie dla jednego ministerstwa. Wtedy jest to unikalny system w skali kraju, nie dyskutuję. Ale takie projekty można policzyć na palcach jednej ręki. A przytoczony przykład dobrze pokazuje skalę problemu. Jaskółki się co prawda pojawiają...

Ale...

- Są permanentnie omijane. Pojawił się na stronie BIP MSWiA darmowy edytor aktów prawnych, który spełnia normy ustawowe i ministerialne. Skoro taki program się pojawił i jest użyteczny (a zakładam, że jest), to jakim prawem wciąż ogłaszane są przetargi na podobne systemy, które robią to samo i na które wydaje się pieniądze podatnika? Nie potrafię na to odpowiedzieć. Pytanie, czy w ogóle ktoś potrafi.

Kurujmy dalej. Następny zabieg?

- Patologiczne są przetargi, w których wykonawca systemu sam sobie robi analizę wymagań. Z całym szacunkiem, nie widziałem jeszcze wykonawcy, który by w takiej analizie napisał: "niniejszym stwierdzam, że moje rozwiązanie się tu nie nadaje". Słyszałem za to: "ukręcimy łeb każdemu przetargowi, który ma oddzieloną specyfikację wymagań od wykonania na dwa przetargi" (na szczęście coraz rzadziej się to udaje). Powód był prosty - firmy się obawiały, że mniej zarobią.

Pocieszające jest to, że ludzie, którzy się sparzyli na tego typu historiach, nie powtarzają błędów. Tak dzieje się w biznesie, bo w administracji tego postępu nie obserwuję, ale już są jaskółki. Dopiero od niedawna zaczyna się przetargi robić w ten sposób, że najpierw ogłasza się przetarg na opracowanie koncepcji projektu jakiegoś systemu, a dopiero potem - na jego wykonanie. Choć nadal nie mamy żadnych ustalonych norm czy standardów, jak taka dokumentacja miałaby wyglądać. Ale tu możemy i uważam, że powinniśmy, uczyć się od budownictwa.

Co cegły i rury mają wspólnego z informatyzacją?

- W samej inżynierii oprogramowania można wyróżnić etapy prawie takie same jak w budownictwie. Najpierw powstaje koncepcja architektoniczna, która mówi: ten dom czy biurowiec będzie służył do... i tu jest lista. Potem powstaje bardziej szczegółowy projekt architektoniczny, a na koniec powstaje tzw. branżówka. Opisuje ona, którędy pójdą rury, z jakiej cegły będą ściany itp., łącznie z symbolami technicznymi materiałów. To taka specyfikacja dla dewelopera. Na koniec projekt dostaje wykonawca i musi się wyspowiadać z wszystkiego, co zrobił. Pewnych rzeczy nie da się aż tak dokładnie w informatyzacji zdefiniować, ale te trzy fazy da się wyróżnić.

Wyborcza.biz w Twoim iPhonie -

pobierz aplikację!

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

3.8

38 głosów