- Straciłam biznes, na który pracowałam ponad dwa lata - mówi Dominika, która do niedawna prowadziła placówkę partnerską Polbanku. Przez dłuższy czas wszystko układało się świetnie - kredyty prawie same się sprzedawały, a ona zarabiała 20-30 tys. zł miesięcznie. Aż do ubiegłego września.
- Kryzys załamał cały biznes. Kilka miesięcy dokładałam z własnej kieszeni 10-20 tys. zł miesięcznie. Potem musiałam zwolnić pracowników. Zostałam na lodzie, bo Polbank mi nie pomógł, choć obiecywał, że zacznie płacić m.in. za obsługę rachunków - opowiada.
Jej zdaniem ze współpracy z Polbankiem zrezygnowało co najmniej 70 przedsiębiorców, czyli połowa jego partnerów.
Bank twierdzi, że odeszło najwyżej 50 osób.
Jak było dobrze, to było dobrze Polbank to jeden z najmłodszych graczy polskiego rynku. Wystartował w 2006 r. jako oddział greckiego giganta
Eurobank Ergasis EFG.
Polska gospodarka zdążyła już się otrząsnąć z kryzysu 2003 r., firmy się rozwijały, chciały inwestować, a ich pracownicy kupować
mieszkania,
samochody i wyjeżdżać na wakacje. Szefowie banku postawili sobie ambitny cel: w dwa lata osiągnąć rentowność, a do 2012 roku być piątym pod względem wielkości sumy bilansowej bankiem w Polsce.
Polbank rozwijał się szybko. W 2007 r. roku średnio co drugi dzień otwierał nową placówkę. Teraz ma ponad 320 oddziałów - tyle, ile
Lukas Bank, który kredytów udziela od 18 lat. Znalazł też sposób na obniżenie kosztów. Z własnej kieszeni płacił tylko za budowę średnio co drugiej placówki, pozostałe prowadzili lokalni przedsiębiorcy, których skusił bankowy biznes. Teraz 90 placówek Polbanku działa na zasadzie franczyzy.
Mechanizm był prosty: tym, którzy sprawdzili się na trzymiesięcznej praktyce w prowadzeniu placówki, Polbank pożyczał 200-300 tys. zł. Oni zarabiali na prowizjach od sprzedaży kredytów gotówkowych, firmowych i hipotecznych. Walcząc o klientów, bank pożyczał pieniądze na atrakcyjnych warunkach. Przedsiębiorcy przyznają, że biznes sam się kręcił, a oni zarabiali pokaźne pieniądze - nawet 40-50 tys. zł miesięcznie. Do połowy września ubiegłego roku, kiedy wybuchł kryzys finansowy, sprzedaż kredytów zamarła, a biznes zaczął przynosić straty.
Kryzys wszystko zmienił Darek, który niedawno rozstał się z Polbankiem, twierdzi, że choć co miesiąc płacił za marketing, od pół roku nie dostał żadnych materiałów promocyjnych. - Na własny koszt drukowałem ulotki, które potem roznosili moi pracownicy - mówi. Zarzuca też bankowi, że tak często zmieniał stawki, które partnerzy mieli dostawać za sprzedaż kredytów i lokat, że biznes stał się zupełnie nieprzewidywalny.
- Na początku miesiąca mówiłem pracownikom, że za sprzedaż lokat dostaną taką prowizję, a za kredyty - inną. A dwa tygodnie później bank obniżał stawki i wszystkie ustalenia brały w łeb - mówi.
Anna, kolejna ekspartnerka Polbanku, wspomina, że przez kilka miesięcy bank obiecywał pomoc finansową. - Ale nagle się z tego wycofał - mówi. Czuje się pokrzywdzona, bo inne banki pomagały swoim partnerom. - Wiem, że partnerzy GE Money Banku i BPH pomoc dostali. A nas zostawili samym sobie. Tylko gnębili audytami i nakładali kary - twierdzi.
Polbank przyznaje, że wprowadzał zmiany prowizji płaconych partnerom, by dostosować się do trendów na rynku. Paweł Maliszewski, dyrektor marketingu: - W całym 2008 roku zmian było sześć, a w 2009 r. dwie. Za każdym razem bank zwiększał też wynagrodzenie partnerów za wybrane produkty.
Co do audytów, Maliszewski tłumaczy, że Polbank musi mieć pewność, że obsługa klientów jest zgodna z procedurami: - Utrzymujemy wysokie standardy. Od września ubiegłego roku żaden z partnerów nie otrzymał kary finansowej za złe wyniki audytu.
Ktoś się nie sprawdził w biznesie Co na to Kazimierz Stańczak, dyrektor generalny Polbanku? Uważa, że część partnerów nie sprawdziła się w roli przedsiębiorców. Współpracując z Polbankiem, zarabiali duże pieniądze. Ale część nie odkładała nadwyżek finansowych na gorsze czasy. Wydawali je na mieszkania, wakacje i samochody, więc boleśnie odczuli pogorszenie koniunktury.
Teraz prowadzone przez nich oddziały przejmuje firma Poldystrybucja, spółka zależna Polbanku zarządzająca siecią franczyzową. Pracownicy zatrudnieni w placówkach franczyzowych - w sumie ok. 150 osób - dostawali propozycje pracy w banku. Stańczak liczy, że w ciągu kilku miesięcy spośród nich wyłonią się nowi liderzy, którzy wezmą kredyty i przejmą placówki partnerskie, a bank będzie mógł wrócić do poprzedniego, taniego modelu biznesu.
Przedsiębiorcy, którzy rozstali się z Polbankiem, są przekonani, że ich kosztem bank szukał oszczędności, bo sam ma problemy finansowe. Zakończył pierwsze półrocze na minusie. Od stycznia do czerwca stracił 23 mln euro, czyli blisko 100 mln zł.
Stańczak przekonuje, że strata nie wpłynęła na politykę banku ani wobec pracowników, ani partnerów. - Na nasz biznes patrzymy długoterminowo. Krótkoterminowe straty nie mają dla nas większego znaczenia. Pomimo kryzysu finansowego nie zwalnialiśmy pracowników, nie zamknęliśmy też ani jednej placówki - mówi.
- Dwie trzecie naszych partnerów pozostało z nami, codziennie zgłaszają się dwie trzy nowe osoby chętne do współpracy - mówi Piotr Głowski, dyrektor sieci sprzedaży Polbanku.