Najwięcej problemów banki mają z kredytami gotówkowymi - w okresie hossy były gotowe pożyczać pieniądze nie swoim klientom, bez żyrantów i zaświadczeń o dochodach. Wystarczyło przyjść z dowodem, by po 15 minutach wyjść z kilkunastoma tysiącami złotych.
Bankowcy wychodzili z założenia, że prowizje i oprocentowanie takich kredytów są na tyle wysokie, że nawet jeśli co dziesiąty pożyczkobiorca nie odda pieniędzy, to i tak na tym zarobią. Teraz plują sobie w brodę, że dopuścili do kredytowego rozdawnictwa.
Jego skala była ogromna: Mariusz Karpiński, były prezes GE Money Banku, szacuje, że ok. 100 tys. klientów banków spłaca po co najmniej 10 kredytów, często jedne pożyczki spłacając drugimi.
Ale ten łańcuszek łatwo przerwać: wystarczyło, że banki przykręciły kurek z nowymi kredytami. Część banków postanowiła wycofać się z szybkich pożyczek. Np. Kredyt Bank, który w ubiegłym roku - za pośrednictwem wyspecjalizowanego w kredytach gotówkowych i ratalnych Żagla - udzielił ponad miliona takich kredytów na ponad 3 mld zł.
Okazało się, że tak wielu klientów spóźnia się ze spłatami, że bank musiał w pierwszej połowie roku zawiązać ponad 150 mln zł rezerw i postanowił więcej takich pożyczek nie udzielać. - Będziemy musieli przemyśleć ten model biznesowy.
Dobra wiadomość jest taka, że skala problemu po stronie klientów, których znamy, bo mają rachunki i lokaty w Kredyt Banku, jest znacznie mniejsza - podkreślał Maciej Bardan, prezes KB. Podobną decyzję podjęli szefowie mBanku.
Zdaniem Kazimierza Stańczaka, dyrektora generalnego Polbanku, problemy ze spłacalnością kredytów gotówkowych pokazały, że system
Biura Informacji Kredytowej się nie sprawdza.
Dlaczego? Danych o swoich klientach do
BIK-u nie przekazywały ani firmy pożyczkowe takie jak
Provident, ani nawet niektóre banki specjalizujące się w szybkich kredytach. W efekcie w BIK-u nie znalazły się informacje o najbardziej ryzykownych klientach.
Część bankowców przyznaje jednak, że sami są sobie winni. Zgubiło ich skąpstwo. W
Biurze Informacji Kredytowej dostępne są dwa rodzaje raportów - jeden, mówiący o tym, czy dana osoba sumiennie spłaca zaciągnięte pożyczki, i drugi, z którego można było się dowiedzieć, ile kredytów zaciągnęła i ile pieniędzy ma do spłacenia. Problem w tym, że banki - żeby zaoszczędzić - często kupowały tylko jeden raport. Widziały więc, że ubiegający się o kredyt klient nie spóźnia się z ratami, ale nie miały pojęcia, że na karku ma jeszcze 10 innych pożyczek, a jeden kredyt spłaca zaciągając drugi.