Sąd w Luksemburgu zakończył wczoraj dwuletni proces wytoczony Komisji Europejskiej przez Polskę i Estonię. Uchylił decyzję z 2007 r., w której KE odrzuciła proponowany przez Polskę rozdział darmowych uprawnień do emisji CO2 w latach 2008-12. Zamiast 284,6 mln ton rocznie dostaliśmy wówczas prawo do emisji 208,5 mln ton. Komisja tłumaczyła m.in., że nie dowierza szacunkom polskiego rządu, który prognozował duży
wzrost gospodarczy wymagający zwiększenia dopuszczalnej emisji CO2. Sąd uznał jednak, że Komisja przekroczyła kompetencje zapisane w dyrektywie.
Wyrok wywołał ogromne poruszenie w Brukseli. W myśl najbardziej radykalnych interpretacji może on bowiem oznaczać, że Komisja w ogóle nie ma prawa do kwestionowania krajowych prognoz emisji gazów cieplarnianych, o ile są one zgodne z bardzo ogólnymi wytycznymi dyrektywy o walce z globalnym ociepleniem. Sędziowie przypomnieli, że KE ma "bardzo wąskie kompetencje" i nie wolno jej dowolnie kwestionować wyliczeń poszczególnych rządów.
- To orzeczenie bardzo nas rozczarowuje. Rozważamy apelację. Musimy ratować system handlu uprawnieniami - mówi Barbara Helfferich, rzeczniczka unijnego komisarza ds. środowiska.
Utrzymanie wczorajszego wyroku w mocy wywróciłoby unijną strategię walki o ograniczenie emisji CO2, która polega na przyznawaniu krajom UE limitów emisji rozdzielanych między przedsiębiorstwa oraz handlu prawami do emisji. Firmy, które szybciej zmniejszają emisję, zarabiają na sprzedawaniu swych uprawnień, a maruderzy ponoszą karę, bo muszą je kupować.
Gdyby
Polska mogła wrócić do swych planów z 2007 r., to polskie firmy zyskałyby dodatkowe uprawnienia do emisji 76 mln ton CO2 rocznie, wartych - po dzisiejszych cenach - około miliarda euro. Sęk w tym, że wtedy zalew dodatkowych certyfikatów (podobne spory z KE toczy kilka innych krajów) wywołałby gwałtowny spadek ich cen i zniszczył rynek handlu prawami.
Formalnie procedura zatwierdzania polskiego planu emisji na lata 2008-12 musi się teraz rozpocząć od nowa. - Nie jest wykluczone, że Komisja Europejska znów spróbuje odrzucić nasz plan, posługując się inną argumentacją prawną niż ta, którą zakwestionował sąd - mówi "Gazecie" Mikołaj Jarosz, jeden z polskich prawników uczestniczących w procesie, ekspert Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej.
Teoretycznie istnieje nawet groźba, że wczorajsze orzeczenie okaże się dla nas zwycięstwem pyrrusowym. Kryzys poważnie zaniżył wskaźniki polskiego przemysłu za 2008 r. oraz prognozy na kolejne lata (stary plan oparto na prognozach z 2005-06 r.), co może oznaczać, że Polsce przysługiwałyby... jeszcze niże limity emisji. - Myślę, że po zrewidowaniu wskaźników
PKB nawet Polacy będą musieli przyznać, że przysługuje im mniej praw do emisji - twierdzi nasz rozmówca w KE.
Polski rząd uspokaja. - Te limity, które zostały przedsiębiorcom przyznane [w 2008 r.], nie są zagrożone. Teraz pula może się już tylko powiększyć - mówi "Gazecie" wicepremier minister gospodarki Waldemar Pawlak. I zapowiada, że już wkrótce rozpoczną się negocjacje z Brukselą w tej sprawie.
- Trzeba przyznać, że pierwotny wniosek polskiego rządu był, delikatnie mówiąc, "przewymiarowany". Musimy szukać kompromisu między tym, co proponuje Komisja, a naszą pierwszą propozycją. 250 mln ton CO2 byłoby niezłym wynikiem - uważa Pawlak. Zdaniem wicepremiera z porozumieniem trzeba będzie poczekać na nową Komisję, czyli co najmniej do początku 2010 r.
Przedstawiciele poszczególnych branż przemysłowych już zacierają ręce. - Liczymy na więcej uprawnień, bo w 2008 r. dostaliśmy ich tak mało, że gdyby nie ograniczenie produkcji wymuszonej kryzysem, to pewno byśmy musieli kupować na rynku dodatkowe zezwolenia - mówi "Gazecie" Romuald Talarek z Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej. - Kryzys się wkrótce skończy, produkcja wzrośnie, będziemy tych dodatkowych uprawnień potrzebować.