- Jesteśmy w trakcie rejestracji Stowarzyszenia Pokrzywdzonych przez
Polbank - mówi Michał, ekspartner Polbanku, który przez ponad dwa lata prowadził placówkę pod szyldem Polbanku. Do stowarzyszenia zgłosiło się na razie ok. 30 byłych partnerów, głównie z północnej i wschodniej Polski. - Chcemy walczyć o odszkodowania. Bank zabrał nam biznes, który z trudem zbudowaliśmy - wzięliśmy kredyty na rozkręcenie placówki, szukaliśmy pracowników, zdobywaliśmy klientów. A bank przejął to wszystko, nie płacąc nam ani grosza, i jeszcze twierdzi, że postąpił wielkodusznie - mówi Michał. Zapewnia, że jeśli Polbank odmówi wypłaty odszkodowań, stowarzyszenie skieruje sprawę do sądu.
O konflikcie między przedsiębiorcami i Polbankiem napisaliśmy we wczorajszej "Gazecie". Oprócz Michała współpracę z Polbankiem zerwało kilkudziesięciu partnerów (partnerzy mówią o 70, bank - o 50 osobach). Wszystko przez to, że przez kilka miesięcy musieli dokładać do biznesu, nawet 10-20 tys. zł miesięcznie. Twierdzą, że w czasie kryzysu, gdy sprzedaż kredytów drastycznie spadła, nie mieli na czym zarabiać, a bank nie wyciągnął do nich pomocnej ręki.
Lista zarzutów byłych partnerów jest długa: mówią, że choć co miesiąc składali się na akcje marketingowe, przez pół roku nie docierały do nich żadne materiały promocyjne. Zarzucają bankowi, że ten tak często zmieniał stawki, które płacił za sprzedaż poszczególnych kredytów i lokat, że biznes stał się zupełnie nieprzewidywalny. Skarżą się też, że inne banki w trudnych czasach pomagały swoim partnerom, a Polbank swoich tylko przez kilka miesięcy zwodził wizją wsparcia finansowego, a w końcu i tak żadnej pomocy nie dostali. Zamiast tego, gdy partnerzy nie byli już w stanie dłużej dokładać do biznesu, bank przejął ich placówki, klientów i pracowników.
Polbank odgryza się, twierdząc, że partnerzy nie sprawdzili się w bankowym biznesie. Dyrektor generalny wypomina im, że w tłustych czasach zamiast gromadzić zapasy finansowe, wydawali pieniądze na
samochody i
mieszkania. Przedstawiciele banku przyznają, że zmieniał on prowizje płacone partnerom, ale musiał dostosowywać się do panujących na rynku trendów. Przejęcie placówek partnerskich uważają za gest dobrej woli, bo 150 zatrudnionych w nich osób utrzymało pracę.
Nie po raz pierwszy iskrzy między bankiem i przedsiębiorcami, którzy prowadzili jego placówki franczyzowe. Podobne spory miały miejsce także w
ING Banku Śląskim i Dominet Banku. W obu przypadkach tło konfliktu było podobne: zbyt niskie, zdaniem partnerów, prowizje za sprzedawane produkty. Partnerzy Dominet Banku zawiązali stowarzyszenie i skierowali do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, twierdząc, że członkowie zarządu banku przywłaszczyli sobie 100 tys. zł, które miały być przeznaczone na lokalne kampanie reklamowe. Z kolei ING udało się dojść do porozumienia z większością niezadowolonych partnerów. Obydwa banki, podobnie jak Polbank, przejmowały te placówki, których niezadowoleni przedsiębiorcy nie chcieli dłużej prowadzić.
Oddziały franczyzowe są dla banków najtańszym sposobem rozwoju sieci dystrybucji, bo w ich otwarcie inwestują przedsiębiorcy, i to oni muszą dbać o to, żeby biznes był rentowny. Dlatego już od kilku lat banki mocno stawiają na rozwój placówek partnerskich. Na początku tego roku działało już blisko 4 tys. takich punktów, co oznacza, że co czwarty oddział bankowy w Polsce w rzeczywistości jest prowadzony przez przedsiębiorcę. Polbank ma w sumie 320 placówek, z czego 90 cały czas prowadzą partnerzy.