Rząd obiecuje, że e-administracja ruszy z kopyta w styczniu, najpóźniej w lutym 2010 r. "Rewolucja zacznie się od psa" - pisaliśmy w poniedziałek w magazynie "Ludzie i Pieniądze". Jak obiecuje Witold Drożdż, wiceminister MSWiA, każdy będzie mógł założyć konto na platformie usług administracji publicznej (ePUAP) - tak jak robimy to na Naszej-klasie.
Na początek przez internet załatwimy ponad 100 spraw urzędowych. Wniosku o paszport co prawda się nie uda złożyć w sieci (bo trzeba pobierać przy tym odciski palców wnioskującego), za to można będzie uzyskać zgodę na wycięcie drzewa w ogródku, zgłosić budowę ogrodzenia, uwagi do planów zagospodarowania czy złożyć wniosek zezwolenie na posiadanie psa agresywnej rasy albo zatrudnienie cudzoziemca.
Prof. Wojciech Cellary, wybitny znawca zagadnień e-administracji z Uniwersytetu Ekonomicznego w
Poznaniu, wyliczał nam, ile tracimy przez to, że formularze podatkowe zbiera się u nas w formie papierowej. Wyszło, że nawet... miliard złotych rocznie. Krytykował też, że wizja MSWiA to wycinek. - Jest potrzebna generalna wizja informatyzacji całego sektora publicznego, a nie zbiór niezależnych "wizyjek" informatyzacji poszczególnych ministerstw czy instytucji.
Pisaliśmy o urzędzie w
Częstochowie, gdzie z papieru... zrezygnowano.
- By posprzątać bałagan w e-administracji, trzeba skończyć z utajnianiem dokumentów. To trzy czwarte wszystkich patologii - mówił we wtorkowej "Gazecie" analityk Jarosław Żeliński. Proponował też, by zakazać
przetargów dwa razy na to samo.
I wywołał lawinę komentarzy.
"Pomysł rozpisywania przetargów na specyfikacje projektów jest naprawdę dobry. Realizacje takich systemów mogłyby przejąć wtedy lokalne firmy informatyczne i w ten sposób urząd wspierałby rozwój nowoczesnych technologii w swoim regionie. (...) Pozostaje do rozwiązania czynnik ludzki. Przecież pani kierownik urzędu powiatowego w Pcimiu Dolnym wie lepiej, jak urząd ma funkcjonować, i z pomysłami pani kierownik urzędu powiatowego z Pcimia Górnego nie musi się zgodzić" - pisze "inżynier oprogramowania".
"Dziś mamy takie kwiatki, że firmy wciskają np. systemy pisane do obsługi magazynów środków trwałych jako systemy do zarządzania dokumentem elektronicznym!" - twierdzi "berserc". "Przez parę lat
pracy przy projektach IT dla administracji widziałem tyle zmarnowanych pieniędzy, szans, głupoty i zacietrzewienia ludzi, że można by książkę napisać" - pisze Jarek.
Zachęca też, by spojrzeć na pewne sprawy z perspektywy firm informatycznych. "W typowym
przetargu na system dla administracji pojawiają się dwa wymagania - utrzymanie min. 3 lata i wprowadzanie zmian w systemie wynikających ze zmian w prawie. A to już loteria. Nie należy się dziwić, że niektóre systemy tyle kosztują, ile kosztują. (...) Czasami to nie układy i niekompetencja lokalnych urzędników powoduje problemy, tylko buble prawne, z którymi zarówno oni, jak i firmy IT muszą żyć".
Minister Drożdż już zapowiedział, że wkrótce na łamach "Gazety" odpowie na krytykę.