Biznes Ludzie Pieniądze

Szczyt G20 - o co będą się spierać najbogatsze państwa

Nina Hałabuz
24.09.2009 , aktualizacja: 24.09.2009 20:00
A A A Drukuj
Jak radzić sobie z kryzysem, jak uniknąć podobnych w przyszłości? Zastanawiają się nad tym od wczoraj w Pittsburghu prezydenci i premierzy 20 najbardziej uprzemysłowionych krajów, które odpowiadają za 85 proc. światowej produkcji
Protestujący na szczycie G20
Fot. ERIC THAYER REUTERS
Protestujący na szczycie G20
Dwudziestu przywódców na rozmowy ma tylko dwa dni, a problemów do przedyskutowania mnóstwo - regulacje światowych rynków finansowych, pomoc dla krajów Trzeciego Świata. Cały czas do listy dopisywane są kolejne, np. w środę wieczorem prezydent Francji Nicolas Sarkozy zapowiedział, że nie wyjedzie z Pittsburgha, jeśli uczestnicy nie zgodzą się na ukrócenie swobody rajów podatkowych. Przywódcy mają różne wizje tego, jak rozwiązać palące problemy. Oto główne punkty zapalne:

Jak ściągnąć bankowców na ziemię

Europejczycy chcą ograniczyć wynagrodzenia menedżerów banków. Nie mogłyby one przekroczyć określonej części kapitałów lub dochodów firmy. Powinny być też rozłożone w czasie, by prezesi nie dostawali wszystkich pieniędzy od razu, bo może okazać się, że podjęte przez nich decyzje były niekorzystne dla banków.

Najgłośniejszym zwolennikiem ograniczeń jest prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Ma świeżo w pamięci to, jaką wściekłość wśród jego rodaków wywołało 8 mln euro premii przyznanych szefom banku Dexia po uratowaniu go w ubiegłym roku przed bankructwem przez podatników z Francji, Belgii i Luksemburga.

Zdaniem Amerykanów nie da się ograniczyć wynagrodzeń szefów banków - choć nie tłumaczą dlaczego.

Od żądań UE dystansuje się też Wielka Brytania, chociaż premier Gordon Brown oświadczył przed kilkoma dniami, że "nie ma powrotu do starego systemu bonusów".

Bez porozumienia z USA nie ma sensu ograniczać pensji bankowcom w Europie, bo - jak mówią ekonomiści - będą uciekać za ocean.

Jak wzmocnić banki i nadzór nad nimi

Europie nie podoba się to, że banki tworzą rezerwy na wypadek trudności w odzyskiwaniu kredytów w czasie spowolnienia gospodarczego, gdy więcej klientów ma problem ze spłacaniem zadłużenia. Taki mechanizm pogłębia recesję.

Banki rozwiązują te rezerwy, gdy koniunktura (i spłacalność kredytów) się poprawia, co skłania je do kredytowego rozdawnictwa. Unia chce, żeby banki odkładały pieniądze na złe kredyty w czasach boomu, a gdy sytuacja gospodarcza się pogorszy, mogły do tych oszczędności sięgnąć. Ma to ograniczyć zapędy banków do generowania baniek kredytowych i jednocześnie utrzymać akcję kredytową w okresie spowolnienia.

Unia i Stany zgadzają się, że świat potrzebuje lepszego nadzoru nad bankami. Komisja Europejska przedstawiła w środę propozycję powołania trzech nowych instytucji, które miałyby nadzorować banki, ubezpieczycieli i rynek kapitałowy na całym Starym Kontynencie. Z kolei Amerykanie chcą zwiększyć uprawnienia swojej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd oraz Banku Rezerw Federalnych.

Uczestnicy szczytu G20 muszą teraz zastanowić się, jak instytucje nadzorcze po obydwu stronach Atlantyku mają ze sobą współpracować.

USA muszą oszczędzać, a Chiny - kupować

Prezydent Barack Obama zapowiada, że Stany nie zamierzają być już motorem światowej konsumpcji. - Nie ma powrotu do czasów, gdy Niemcy czy Chińczycy sprzedawali nam wszystko, a my wyjmowaliśmy z kieszeni kolejną kartę kredytową - podkreślał w wywiadzie dla telewizji CNN. Ostrzegł, że jeżeli niektóre kraje - a mowa przede wszystkim o Chinach - nie przestaną oszczędzać i nie zaczną kupować amerykańskich towarów, światowa gospodarka nie będzie miała szans na zrównoważony rozwój. Tylko jak przekonać Chińczyków, żeby wreszcie zaczęli kupować? Na razie większość zarabianych pieniędzy odkładają na czarną godzinę, bo jeśli chcą się leczyć albo kończą pracę zawodową, muszą liczyć na siebie, żadnej pomocy państwa nie dostaną. Amerykanie będą naciskać na delegację z Pekinu, żeby chiński rząd zaczął budować państwowy system opieki zdrowotnej, edukacji i emerytur.

Władza dla wschodzących potęg

W zamian za zmiany w polityce gospodarczej USA obiecują ustąpić Chinom i podzielić się z krajami rozwijającymi się władzą nad Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Bankiem Światowym. Największy wpływ na ich decyzje mają kraje, które najwięcej wpłacają do ich budżetu, czyli Stany, Japonia i Niemcy. Ale nie ma nic za darmo - jeśli Chiny chcą mieć większy wpływ na MFW i BŚ, muszą więcej wrzucić do kiesy obydwu instytucji. Obama już zapowiedział, że państwa, które zgromadziły nadwyżki finansowe, powinny bardziej pomagać innym krajom w wydobyciu się z recesji.

Z kolei Chińczycy stoją na czele koalicji państw, które twierdzą, że amerykańska waluta straciła swoją wiarygodność i nie może być dłużej główną walutą rozliczeniową świata. Wspierani przez Rosję i Brazylię domagają się wprowadzenia nowego systemu opartego na tzw. specjalnych prawach ciągnienia (Special Drawing Rights - SDR), które obecnie wykorzystuje w swoich rozliczeniach Międzynarodowy Fundusz Walutowy.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    16 głosów