Od tygodni trwają rolnicze protesty. W ubiegły poniedziałek producenci mleka demonstrowali w kilkunastu krajach Unii, m.in. blokując drogi i wylewając mleko na pola. Protestują przeciwko cenom skupu, sprzeciwiają się również zapowiedzi stopniowego znoszenia limitów produkcji, tzw. kwot mlecznych. Tylko że realizacja tych postulatów oznaczałaby odejście od uzgodnionej w ubiegłym roku przez ministrów rolnictwa państw UE reformy Wspólnej Polityki Rolnej. Zakłada ona stopniową likwidację limitów produkcji. W 2015 roku miałyby one zniknąć całkowicie.
Sylwia Śmigiel: Europejscy rolnicy wylewają mleko na pola. Czy polscy rolnicy się do nich przyłączą? Waldemar Broś: Francuscy czy belgijscy producenci mleka znaleźli się w gorszej sytuacji niż polscy. Spadli z wyższego pułapu, bo mieli wyższe ceny mleka niż w Polsce. A wiadomo - im koń wyższy, tym upadek boleśniejszy. Poza tym u nich produkcja jest bardziej skoncentrowana. Mleko produkują tam duże, wyspecjalizowane gospodarstwa. Oznacza to, że niższe ceny dotykają wprawdzie mniej osób, ale za to bardziej boleśnie. Europejscy rolnicy nie spodziewali się także, że kryzys tak się na nich odbije i tyle potrwa. Trudno się im dziwić, że posunęli się do takich kroków. Sam jestem przeciwnikiem tak drastycznych form protestu jak wylewanie mleka na pola. Mam nadzieję, że nasi rolnicy się do tego nie posuną. A są już gotowi do wsparcia protestu europejskich rolników. Jeśli będzie trzeba, pojadą do Brukseli.
Jeśli ich sytuacja się pogorszy? - Już widzimy symptomy końca kryzysu w rolnictwie, który zaczął się pod koniec 2007 roku. Przychody producentów mleka w ubiegłym roku w porównaniu z 2007 były o 25 proc., a nawet o 30 proc. niższe. Od czterech miesięcy ceny kształtują się średnio na poziomie 86 gr za litr. To niezbyt dużo, ale najważniejsze, że są stabilne. Tylko że sytuacja rolników może się znacznie pogorszyć, jeśli Komisja Europejska będzie nadal nieugięta i nie zmieni swojej polityki rolnej. Podobnie jak inni europejscy producenci mleka chcemy utrzymania kwot mlecznych. Teraz KE zamierza co roku podnosić limity produkcji mleka w krajach członkowskich o jeden procent. Oznacza to, że co roku rolnicy mogliby sprzedawać coraz więcej. I tak do 2015 roku, kiedy nie obowiązywałyby żadne limity. Nie chcemy się na to zgodzić.
Mleko stało się już symbolem rozdarcia Europy między liberalizacją, czyli wolnym rynkiem, a regulacją. - Nawet przy obecnych limitach w Europie (
Polska może wyprodukować tylko ok. 9,6 mld kg mleka. Więcej
Niemcy - 28,8 mld kg,
Francja - ponad 25 mld,
Wielka Brytania - ponad 15 mld,
Holandia - 11,5 mld, Włochy - 10,7 mld). Jest nadprodukcja mleka, a ceny są niskie. Dlatego Polska opowiada się za utrzymaniem kwot mlecznych co najmniej do roku 2020. Jaką pewność może mieć unijna komisarz Mariann Fischer, że za pięć lat wzrost produkcji mleka nie zachwieje równowagi ekonomicznej na rynkach rolnych?
Mamy jednak wolny rynek produkcji zbóż, wieprzowiny itd. Dlaczego akurat produkcja mleka ma być regulowana? - Każdy rynek rolny jest zdecydowanie prostszy niż produkcja mleka. Nie da się jej porównać do produkcji zbóż. Rolnik sieje pszenicę, potem zbiera, sprzedaje. Podobnie żywiec wołowy chodzi sobie po łące, a po jakimś czasie rolnik zawozi go do rzeźni. Za to przy mleku nie ma wytchnienia, bo pracuje przez 365 dni w roku. Nie ma żadnej innej produkcji w rolnictwie, która byłaby tak pracochłonna, trudna i najbardziej narażona na niebezpieczeństwo w razie niedopilnowania czegoś. W dodatku produkcja mleka jest proekologiczna i pozwala nam na zagospodarowanie użytków zielonych. Dlatego musi być poddana szczególnej ochronie. Inaczej rolnicy będą masowo rezygnować z hodowli krów.
Rozwiązałoby to problem nadprodukcji mleka. - Może dojść do sytuacji, że tylu rolników będzie rezygnować z hodowli krów, że będzie produkowana minimalna ilość mleka, ceny będą rosły, a my będziemy namawiać młodych rolników do inwestowania w mleko. Samo ruszenie z produkcją to co najmniej pięć lat. Ale problem w tym, że jak obserwujemy, jeśli rolnik zlikwiduje stado, to już nigdy nie wraca do produkcji mleka. Dlatego trzeba zachować kwoty mleczne. To system sprawdzony od lat.
Czyli produkcja mleka musi być regulowana? - Nie mówię, że zawsze, ale do 2020 roku na pewno. Komisja Europejska powinna do tego czasu przyjrzeć się dokładnie zarówno rynkowi europejskiemu, jak i światowemu. I dopiero wtedy zastanowić się nad uwolnieniem rynku. KE powinna także w tym czasie obserwować sytuację i podejmować na bieżąco decyzje m.in. o zwiększaniu limitów. Może bowiem dojść do sytuacji, że konsumenci zaczną jeść i pić tyle produktów mlecznych, że te kwoty będą za małe.
Poza tym o poprawie sytuacji producentów mleka powinny pomyśleć również rządy poszczególnych krajów unijnych.
Co mogą zrobić? - Rolnicy już zwracali na to uwagę, protestując pod sieciami handlowymi. Wystarczy popatrzeć, ile zarabia producent, przetwórca i handlowiec. Łatwo policzyć, że te proporcje nie rozkładają się po 33 proc. Dlatego konieczne jest sprawdzenie, skąd biorą się tak duże dysproporcje: ile wynoszą marże handlowe, opłaty półkowe itd.
* Waldemar Broś jest prezesem Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich