Organizacje pracodawców należące do Komisji Trójstronnej przygotowały dla rządu własną ocenę projektu budżetu na 2010 r. Podkreślają w niej, że faktyczny deficyt budżetu państwa to 67,5 mld zł, a nie podane przez rząd 52,2 mld zł. Bo trzeba do niego zaliczyć tzw. deficyt środków unijnych (ponad 15 mld zł), które dotąd były w budżecie "krajowym", a od przyszłego roku są po raz pierwszy ujmowane oddzielnie.
Pracodawcy krytykują rząd za to, że nie przewiduje żadnych zmian w ustawach, które mogłyby ograniczyć wzrost tzw. wydatków prawnie zdeterminowanych, czyli wynikających z ustaw. "Mamy do czynienia z sytuacją, w której wzrost wydatków dwukrotnie przekracza przewidywany wzrost dochodów. Takie podejście nie rokuje dobrze szybkiemu wyjściu z obecnych kłopotów" - czytamy w opinii pracodawców.
I dalej: "Nie dziwi nas w tej sytuacji oświadczenie ministra Rostowskiego, że budżet na rok 2010 to nie budżet jego marzeń. To bardzo łagodne podsumowanie oznacza w istocie przyznanie, że jest to budżet bardzo ryzykowny".
Według pracodawców "prawdopodobieństwo przekroczenia przez dług progu ostrożnościowego 55 proc.
PKB, jeśli nie w 2010, to w 2011 r., trzeba niestety oszacować jako niemal pewne".
Nowa ustawa o finansach publicznych przewiduje w takiej sytuacji drakońską naprawę finansów, a nawet przygotowanie budżetu w kolejnym roku w ogóle bez deficytu.
Minister finansów Jacek Rostowski otwarcie przyznaje, że to, czy
Polska nie przekroczy tego progu, zależy od tego, czy rządowi uda się pozyskać blisko 30 mld zł z
prywatyzacji (o tyle mniej trzeba byłoby pożyczyć).
"Polska w niebezpieczny sposób brnie w
dług publiczny, bo o wiele więcej niż oficjalny deficyt kasowy zwiększą się potrzeby pożyczkowe państwa. Rynki finansowe zareagowały spokojnie na propozycje rządowe, ale ryzyko znacznych zaburzeń na rynkach długu publicznego i walutowym z tego powodu istnieje nadal. Zmniejszyć wydatnie może je tylko wiarygodna ścieżka pokazująca, w jaki sposób Polska zamierza ograniczyć deficyt całego sektora finansów publicznych w najbliższych latach. Tego brakuje w projekcie budżetu" - oceniają w swoim stanowisku pracodawcy.
Już w tym roku prawdziwy deficyt budżetu, taki bez upychania niczego po kątach, będzie bliski 60 mld zł. W ustawie budżetowej niby zapisano 27,2 mld zł deficytu (a minister Jacek Rostowski liczy nawet na to, że będzie on mniejszy o jakieś 5 mld zł), w rzeczywistości jest to o wiele więcej.
- Niski deficyt, ten na papierze, zapisany w ustawie budżetowej na ten rok, zawdzięczamy korzystnej wymianie euro na
złote, co dało 16 mld zł. To były zaliczki przyznane nam przez Unię. Normalnie te pieniądze leżałyby na rachunku w NBP czy BGK. Ekonomiści sami zachęcali ministra Rostowskiego, by to zrobił, tak już robiono w poprzednich latach, bo w ten sposób zamiast pożyczać drożej na rynku, rząd mógł finansować swoje potrzeby taniej - powiedział nam b. minister finansów Mirosław Gronicki.
O co więc chodzi? - Te 16 mld zł minister Rostowski zaliczył nie do tzw. finansowania, tylko do dochodów budżetu, z których budżet finansuje bieżące wydatki. A przecież Unia Europejska może poprosić o zwrot tych zaliczek albo ich dysponenci zechcą po nie sięgnąć, by realizować swoje projekty, i trzeba będzie te pieniądze zwrócić z budżetu - mówi Gronicki. Bez tych dochodów deficyt byłby o 16 mld zł większy.
- Minister Rostowski mógł tak kuglować, bo dopiero nowa ustawa o finansach publicznych, która weszła w życie w 2009 r., to uniemożliwia - powiedział "Gazecie" Janusz Jankowiak, główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu.
Ustawa nakłada na rząd obowiązek przygotowania budżetu "krajowego" oraz osobno "europejskiego". O tym europejskim wiemy na razie tylko tyle, że jego deficyt wyniesie 15,3 mld zł (i nie jest wliczany do deficytu budżetowego). To znaczy, że dochody z UE na współfinansowanie projektów będą o tyle niższe niż wydatki (bo Unia płaci po przedstawieniu faktur, zwrot może nastąpić dopiero w kolejnych latach). Więcej szczegółów na temat deficytu europejskiego poznamy dopiero pod koniec września, gdy rząd będzie ostatecznie przyjmował projekt budżetu 2010.
Porównajmy zatem oba deficyty. W 2009 r. to: • 27,2 mld zł zapisane w budżecie • 16 mld zł z unijnych zaliczek wliczonych do dochodów, choć nimi nie są. Razem to 43,2 mld zł. Ponadto do deficytu budżetowego należałoby doliczyć: • 10 mld zł, które będzie musiał pożyczyć na budowę dróg Krajowy Fundusz Drogowy (to górny limit, może pożyczy mniej) • ok. 5-8 mld zł, które będzie musiał pożyczyć w komercyjnych bankach FUS. Razem to 58,2 mld zł.
Żebyśmy mogli porównać oba deficyty, do planowanego na 2010 r. deficytu budżetowego w wysokości 52,2 mld zł należałoby dodać 15,3 mld zł (bo dotąd dochody z Unii i wydatki na projekty współfinansowane przez Brukselę były ujmowane w budżecie), do tego trzeba by doliczyć co najmniej podobny limit wydatków z funduszu drogowego (ok. 10 mld zł). Razem to ponad 77 mld zł.