Według dołączonej do budżetu "Strategii zarządzania długiem" zadłużenie naszego kraju już w przyszłym roku przekroczy 50 proc.
PKB. Ministerstwo Finansów zakłada, że przy 1,2-proc. wzroście gospodarczym PKB wyniesie 1350,2 mld zł. W tym samym czasie nasz dług dobije do 739,1 mld zł (54,7 proc. PKB). Jak ogromny to dług, najlepiej sobie uzmysłowić za pomocą prostego przeliczenia: przeciętny Kowalski, bez względu na to, czy jest oseskiem, czy emerytem, i choć o tym nawet nie wie, jest zadłużony na blisko 20 tys. zł!
Dlaczego dług tak szybko rośnie? Bo z powodu kryzysu gospodarka znacznie zwolniła, państwo zbiera mniej pieniędzy z podatków (mniej osób pracuje, ludzie mniej kupują), a niektóre wydatki rosną (np. zasiłki dla bezrobotnych, dotacje do FUS). Na dodatek przy rosnącym długu rosną także wydatki na jego obsługę - w przyszłym roku wydamy na nią aż 34,9 mld zł.
Rząd pogodził się z tym, że dług puchnie w zastraszającym tempie. Premier Tusk i minister Rostowski zrzucają winę na Lecha Kaczyńskiego, który często sięga po weto do koalicyjnych ustaw, i opozycję, która nie pomaga odrzucać prezydenckich wet.
Dług niby pod kontrolą, ale czy aby na pewno? To, o co walczy teraz gabinet Donalda Tuska, to utrzymanie długu poniżej tzw. progów ostrożnościowych przewidzianych w ustawie o finansach publicznych i konstytucji. "W latach 2010-12 relacja długu do PKB będzie utrzymywać się blisko progu 55 proc. PKB - 54,5-54,8 proc. PKB" - poinformowało Ministerstwo Finansów.
Podając takie wielkości, resort w zasadzie przyznaje, że nie ma żadnych gwarancji, iż dług tej bariery nie przeskoczy. Rząd może bowiem starać się zmniejszać nasze potrzeby pożyczkowe - czyli to, ile naprawdę musimy pożyczyć na sfinansowanie deficytu budżetowego, transfery do
OFE i rolowanie starego długu - poprzez sprzedaż państwowego majątku. W planach jest pozyskanie w przyszłym roku astronomicznej sumy 25 mld zł. To zadanie trudne, ale możliwe do wykonania.
Rząd nie ma jednak prawie żadnego wpływu na zadłużenie samorządów, a to jedna ze składowych całego długu publicznego. Jak samorządy zaciągną więcej kredytów, np. na współfinansowanie projektów unijnych - możemy popłynąć.
Kolejną niewiadomą jest kurs walutowy. Ok. jednej czwartej naszego długu jest w walutach obcych. Przelicza się go na
złote 31 grudnia każdego roku. Gdyby akurat tego dnia nastąpiło tąpnięcie,
złoty się osłabił - z dnia na dzień nasz dług podskoczy o kilka miliardów.
- Rząd dysponuje narzędziami oddziaływania na kurs. Może wymienić na rynku, a nie w NBP, waluty ze środków unijnych oraz środków z emisji papierów wartościowych na rynkach zagranicznych. Takie rzucenie dewiz na rynek musiałoby wpłynąć na kurs złotego, wzmocnić go - powiedział "Gazecie" Jakub Borowski z Invest Banku.
Jednak jego zdaniem nawet jeśli w przyszłym roku dług "prześliźnie" się pod progiem, to w 2011 r. ryzyko przekroczenia 55 proc. PKB jest bardzo duże.
Progi ostrożnościowe to tylko straszak Wielu ekonomistów jest pewnych, że próg ostrożnościowy przebijemy już w 2010 r. Do pesymistów dołączył też NBP. Wczoraj także agencja ratingowa Moody's podała, że w 2010 r. dług osiągnie 57,2 proc. PKB.
Paradoksalnie, nowa ustawa o finansach publicznych zaostrza sankcje za nadmierne zadłużanie się. Jeśli w przyszłym roku dług przekroczyłby 55 proc. (dowiemy się dopiero w połowie 2011 r., kiedy znany będzie deficyt samorządów), to w 2012 r. rząd musiałby zrobić budżet bez deficytu! Nie byłoby też podwyżek w budżetówce, a emeryci i renciści mogliby liczyć tylko na podwyżki o wskaźnik inflacji.
Ale możliwy jest też inny scenariusz: rządząca koalicja może zmienić lub zawiesić na jakiś czas ustawę (trudniej byłoby zmienić konstytucję, która zakazuje zadłużania się ponad poziom trzech piątych, czyli ponad 60 proc. PKB).
- Konsekwencje społeczne i polityczne byłyby tak duże, że politycy zechcą rozmiękczyć ten próg, np. przesuwając nieprzyjemne rozwiązania dopiero po przebiciu 60-proc. PKB. Rząd powie: zgódźmy się na podniesienie progu, obiecując ścieżkę obniżenia tej relacji. Tyle tylko, że próg łatwo podnieść, gorzej zabrać się do reformy KRUS - zauważa Borowski. - Gdy rynki uznają, że nie ma już faktycznych barier dla wzrostu długu, każą sobie słono płacić za jego finansowanie.
Według b. wiceministra finansów Stanisława Gomułki podążamy drogą węgierską. -
Węgry miały blisko 10-proc. deficyt i dług 80 proc. PKB. Rynek ukarał je za to, żądając o 5-6 pkt proc. więcej zysku za kupno ich papierów, niż średnio płaci się w Europie. To zmusiło Węgry do zbicia deficytu do blisko 4 proc., i to w czasie kryzysu, co zaowocowało recesją. Z nami może być tak samo - przestrzega prof. Gomułka.