- Jak tak dalej pójdzie, to nam rozwalą salon. Odkąd ogłoszono premie, mamy tu prawdziwe piekło - mówiła w marcu "Kölnischer Rundschau" dilerka Toyoty spod Euskirchen. W jej firmie od kilkunastu dni urywały się telefony. By sprostać naporowi klientów, salon był czynny nawet w niedzielę. Podobne sceny rozgrywały się u dilerów jak
Niemcy długie i szerokie.
Był to efekt wprowadzenia przez rząd Angeli Merkel premii za złomowanie samochodów. Rząd płacił 2,5 tys. euro tym, którzy pozbędą się starego wozu (co najmniej dziewięcioletniego) i kupią nowy, bardziej przyjazny dla środowiska. Premia miała pomóc niemieckim koncernom motoryzacyjnym, których obroty w kryzysie zaczęły dramatycznie maleć. Rząd przeznaczył na dopłaty początkowo 1,5 mld euro. Zainteresowanie było tak duże, że zapchał się system komputerowy, w którym można było rezerwować dopłaty. A rząd zwiększył jeszcze pulę do 5 mld euro. Pieniędzy wystarczyły do 2 września, dzięki nim Niemcy kupili 2 mln nowych samochodów, głównie średniej klasy.
Kiedy skończyły się dopłaty, zaczęły się kłopoty. Oficjalnie we wrześniu sprzedaż nowych aut dalej rośnie, choć premii się nie wypłaca. Ale to
samochody, które Niemcy zamówili w salonach jeszcze latem, gdy działał jeszcze system dopłat, i teraz jej odbierają. A według "Bilda", który powołuje się na niemiecki związek dilerów samochodowych, nowych transakcji we wrześniu zawarto o połowę mniej. Salony pustoszeją, a będzie jeszcze gorzej. - Wracamy do normalności - przyznają kwaśno dilerzy, spodziewając się, że z początkiem roku będą musieli ostro walczyć o klientów i udzielać rabatów, które jeszcze niedawno byłyby nie do pomyślenia. Prof. Ferdinand Dudenhöffer, znany specjalista od
motoryzacji z Uniwersytetu Duisburg-Essen, spodziewa się w przyszłym roku spadku sprzedaży aż o milion sztuk. - Ci, którzy mieli kupić nowe
auto, już to zrobili - tłumaczy na łamach "Financial Times Deutschland".