Nie takich danych spodziewali się analitycy i inwestorzy na Wall Street. Przewidywano, że z posadami pożegna się jedynie 180 tys. osób. Dlatego wieści z Departamentu Pracy
USA wywołały zaniepokojenie.
Zatrudnienie spadło zarówno w usługach, jak i przemyśle. Nie ma także wyczekiwanego od dawna odbicia koniunktury w sektorze budowlanym, od którego rozpoczęły się problemy gospodarcze Ameryki.
Wskaźnik
bezrobocia podskoczył do 9,8 proc. i jest najwyższy od połowy 1983 r. Wrzesień był już 21. miesiącem z kolei, kiedy gospodarka traciła miejsca pracy z powodu recesji wywołanej kryzysem.
Od rozpoczęcia recesji w grudniu 2007 r. liczba bezrobotnych wzrosła w USA z 7,6 mln do 15,1 mln.
Słaby
rynek pracy jest jednym z największych zmartwień administracji USA, bo zmniejsza szanse na rychłe ożywienie gospodarcze. Na razie oficjalnie trwa recesja, bo
PKB konsekwentnie spada. Jednak skala spadku się zmniejsza z kwartału na kwartał. W II kw. gospodarka skurczyła się jedynie 0,7 proc., co pozytywnie zaskoczyło ekonomistów. Dla porównania w I kw. PKB poleciał w dół aż o 6,4 proc. Zakończony właśnie trzeci kwartał ma być już na plusie i wtedy będzie można odtrąbić koniec najdłuższej recesji od Wielkiego Kryzysu w latach 30. poprzedniego wieku. Analitycy prognozują, że gospodarka urosła w III kw. 2-3 proc.
Dla inwestorów giełdowych słabe wrześniowe dane z rynku pracy były gorzką pigułką. Przed raportem Departamentu Pracy na giełdach akcje taniały, a po raporcie spadki jeszcze przyśpieszyły. Gracze obawiają się, że to niedobry prognostyk dla wyników firm, bo skoro nadal muszą zwalniać, to mają słabą kondycję.
Globalna wyprzedaż akcji nie ominęła
GPW. Spadki cen przyśpieszyły i ostatecznie WIG20 stracił 5 proc.