Przeczytaj też
Nie tylko Chińczycy oszukują na
blogu Marka Wielgi
Mechanizm działania oszustów jest prosty: wyszukują w internecie niewielką firmę, kuszą ją wizją lukratywnego kontraktu, a gdy wpadnie w ich sidła - wyciskają jak cytrynę.
Pełnomocnik firmy Stomasz z Mrągowa Wojciech Koliński chce za pośrednictwem "Gazety" ostrzec innych przedsiębiorców. - Większość poszkodowanych nie nagłaśnia problemu, bo chwalić się nie ma czym. Wraz z właścicielem firmy uznaliśmy, że czas przerwać to milczenie.
Stomasz produkuje
domy z bali, a w kryzysie nie jest łatwo sprzedać taki towar. Jak dar niebios jej właściciel przyjął więc ofertę firmy Jinweiaoxiang International Trade z Pekinu, która zadeklarowała chęć zakupu 20 domów za blisko 2 mln dol.
- Chińczycy wyjaśnili nam, że chcą je u siebie sprzedać jako
luksusowe domy z Europy - opowiada pełnomocnik Stomaszu.
Uzgodnienie szczegółów kontraktu pocztą elektroniczną poszło gładko. Pozostało sfinalizować umowę. W tym celu obaj panowie udali się do Pekinu. - Wizy dostaliśmy od ręki. Pracownik konsulatu powitał nas znaczącym uśmiechem, ale uznaliśmy to za przejaw chińskiej uprzejmości - wspomina nasz rozmówca. - Byliśmy w takiej euforii, że nie przyszło nam do głowy sprawdzać chińskiego kontrahenta. Pomyśleliśmy, że ryzykujemy jedynie kosztami przelotu i hotelu.
Zresztą Stomasz nie był nowicjuszem na rynkach zagranicznych - działa w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie.
Szydło wyszło z worka po podpisaniu kontraktu, w jednym z najnowocześniejszych biurowców w centrum Pekinu (najpewniej wynajętym na godziny, czego nasi biznesmeni jeszcze się nie domyślali). Tłumaczka zasugerowała, że dobrym zwyczajem jest obdarowanie każdego z czterech prezesów firmy drobiazgiem. Zaoferowała pomoc w zakupie. Sklep z drobiazgami okazał się salonem jubilerskim, a wartość wybranych przez nią przedmiotów sięgnęła w przeliczeniu 70 tys. zł!
Dopiero w tym momencie w głowach biznesmenów zapaliło się czerwone światełko. Na wycofanie się było już jednak za późno. Panowie "wyczyścili" swoje służbowe karty kredytowe z kilkunastu tysięcy złotych, resztę obiecali zapłacić, gdy tylko porozumieją się z bankiem. Chińczycy zaproponowali, że w tej sytuacji, sami zapłacą za "drobiazgi" i poczekają na brakującą kwotę. - Na oczach Chińczyków, którzy nie odstępowali nas na krok, dokonaliśmy przelewu. Wykorzystaliśmy jednak moment, gdy byliśmy sami, i anulowaliśmy ten przelew telefonicznie - opowiada Wojciech Koliński.
To nie koniec wydatków. O swoją dolę - 1 tys. dol. - upomniał się "manager kontraktu" David (dziwnym trafem wszyscy Chińczycy w tej firmie mieli anglosaskie imiona, choć żaden nie posługiwał się angielskim - wspomina Koliński). Dostał tylko 400. W zamian obdarował polskich biznesmenów rzekomo chińską specjalnością - reklamówką wypełnioną żelkami
dla dzieci.
Chińczycy jeszcze przez kilka tygodni nękali szefów Stomaszu telefonami z pytaniami o to, kiedy dostaną pieniądze za prezenty oraz prowizję dla banku. Ta miała być warunkiem przelania przedpłaty za zamówione domy (30 proc. ich wartości). Prowizja miała być wpłacona na konto chińskiego kontrahenta, co pozbawiło złudzeń mrągowskich przedsiębiorców. Dopiero wtedy zaczęli szukać o nim informacji w internecie i Polsko-Chińskiej Izbie Gospodarczej. Od pracownika wydziału promocji handlu i inwestycji naszej ambasady w Pekinie dowiedzieli się m.in., że Jinweiaoxiang International Trade to spółka zarejestrowana w styczniu... tego roku.
- Prawdopodobnie na potrzeby takich przekrętów - mówi Rajmund Żelewski z Polsko-Chińskiej Izby Gospodarczej. - Mamy po kilka tego typu zgłoszeń tygodniowo, dziś były aż trzy. Za każdym razem scenariusz jest taki, jak ten, który pan opisał - dodaje.
Żelewski zastrzega, że oszuści są na całym świecie. Dziwi się, że biznesmeni pojechali sami do Pekinu, nie wiedząc nic o swoim kontrahencie. Izba prześwietla chińskie firmy, bo ma przedstawicielstwo w Chinach. Za tę usługę pobiera 600 zł. Członkowie izby korzystają z wywiadu za darmo, ale rocznie opłacają składkę w wysokości 1 tys. euro.
Ile straciła firma Stomasz? - Ta lekcja kosztowała nas kilkadziesiąt tysięcy złotych oraz mnóstwo straconego czasu i nerwów - odpowiada Koliński. - Najważniejsze, że wyszliśmy cało z tej przygody. Jeszcze mam dreszcze, gdy o niej opowiadam.