Senny poranek w podwarszawskim Konstancinie. Otwiera się brama okazałej rezydencji. Ochroniarz wstrzymuje ruch. Wyjeżdża porsche cayenne turbo S. Za kierownicą młodziutka dziewczyna.
Przez przypadek jedziemy tą samą trasą. Ja do pracy, ona - jak się okazuje - do szkoły. Oczywiście prywatnej, oczywiście biznesu.
Kim są ludzie, którzy uznali, że najlepszym pojazdem na początek studenckiego życia będzie 550-konny SUV za 700 tys. zł?
Pan Jan Borowski, który żyje, i to nieźle, z aspiracji ludzi bogatych, wzrusza ramionami: - To tylko samochód. Takie lepsze kapcie. Chce pan zobaczyć prawdziwe pieniądze? Niech pan wyjrzy przez okno.
Co zobaczyłem? O tym za chwilę.
Ja bogaty? Ależ skąd! Na Zachodzie kryteria są jasne: masz luźny milion dolarów albo zarabiasz tyle w ciągu roku - jesteś bogaty. I takich ludzi jest tam około 1 procentu.
A w Polsce? Jeszcze dziesięć lat temu 84 proc. Polaków sądziło, że by być bogatym wystarczy odkładać 1 tys. zł miesięcznie (sondaż CBOS). Przed pięcioma laty było to przynajmniej 2 tys. zł. Dziś taka kwota to zaledwie preludium zamożności. O bogactwie można mówić dopiero powyżej dochodu 5 tys. zł na osobę w rodzinie (sondaż Szkoły Głównej Handlowej).
- I cóż to jest? Zaledwie 1200 euro. Trochę więcej niż zasiłki dla bezrobotnych w kilku zachodnich krajach - zauważa dr Krzysztof Jasiecki z Instytutu Socjologii i Filozofii PAN. - Wciąż jesteśmy społeczeństwem na dorobku. Choć z roku na rok zamożniejszym.
W statystykach wyprzedziliśmy Łotwę, zrównaliśmy się z Węgrami i dzielnie zmierzamy w kierunku Portugalii, którą to - zdaniem prof. Witolda Orłowskiego - powinniśmy dogonić za dziesięć lat.
Mimo że milionerów przybywa nam w tempie 8-10 proc. rocznie, na liście najbogatszych ludzi świata wypadamy zaskakująco kiepsko. W tym roku jest na niej tylko jeden Polak (w zeszłym było sześciu): Zygmunt Solorz-Żak wyceniony przez magazyn "Forbes" na 1 mld dol. uplasował się na dalekim, 701. miejscu. W samej Europie Środkowej i Wschodniej wyprzedziły go dwa tuziny Rosjan i siedmiu Ukraińców.
Bardziej optymistyczny jest tygodnik "Wprost", który doliczył się w Polsce aż sześciu miliarderów dolarowych (choć rok wcześniej było ich 13).
Coś się nie zgadza.
Co więcej, nie zgadzają się też nazwiska. O ile według "Forbesa" najbogatszy jest Solorz-Żak, o tyle według "Wprost" - Jan Kulczyk.
Jak widać, policzyć bogatych nie jest w Polsce łatwo.
- GUS tego nie robi, CBOS przepytuje 1000-1200 osób, wśród których nie trafi się przecież żaden superbogacz, a nawet gdyby go wylosowali, to nie zechce odpowiadać. Zresztą całkiem wypaczyłby wyniki - wyjaśnia Jasiecki. - I co? Najbogatsi są pomijani jako statystycznie nieistotni. A przecież majątki 500 najzamożniejszych Polaków jeszcze niedawno odpowiadały aż 10 proc. PKB.
W efekcie polska ekstraklasa finansowa to wciąż terra incognita.
A jednak spróbujmy coś ustalić.
Jeśli milion czyni bogacza, to mamy ich między 50 a 70 tys., z czego 14 tys. zarobiło milion w ubiegłym roku (wśród nich 3,5 tys. mieszkańców Warszawy - dane z urzędu skarbowego). Niemal tyle samo, czyli 10-14 tys., jest u nas milionerów dolarowych (szacunki z sektora bankowego). We wszystkich przypadkach chodzi o te aktywa, które daje się szybko spieniężyć. A więc domy, mieszkania czy działki nie są uwzględniane.