Ania, była studentka warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej, nie chciała powtarzać przedmiotów, które zaliczyła w trakcie studiów na psychologii na Uniwersytecie Warszawskim. - Kiedy spytałam o możliwość przepisania ocen w dziekanacie, okazało się, że kosztowałoby mnie to nawet kilkadziesiąt złotych za przedmiot - wspomina. Wymyśliła jak przechytrzyć system: zapisała się na zajęcia, ale dogadała z wykładowcami, by przepisali jej oceny z psychologii bez zdawania egzaminu. Za darmo. - Zaoszczędziłam kilkaset złotych - mówi.
- Płacić trzeba za wszystko - przyznaje Marta, studentka I roku biologii na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w
Olsztynie. - Legitymacja studencka 5 zł, indeks 4 zł, a karta biblioteczna 10 zł.
Więcej
studia kosztowały Wojtka, studenta prawa na Uniwersytecie Gdańskim. Po III roku postanowił przenieść się do Warszawy. Musiał dodatkowo zaliczyć dwa przedmioty. - OK, ale kazali mi zapłacić za to zaliczenie 300 zł, tak jakbym je wcześniej oblał - opowiada.
Marek, student prawa na Uniwersytecie Warszawskim, na II roku oblał jeden przedmiot. W dziekanacie dowiedział się, że studiować może dalej, ale za powtarzanie przedmiotu musi zapłacić 5 tys. zł. - Spytałem, skąd mam wziąć takie pieniądze. Usłyszałem, że i tak jestem w dobrej sytuacji, bo repeta całego roku kosztuje 7,5 tys. zł! - rozkłada ręce Marek.
- Szkoły wykorzystują nieświadomość studentów i ich zależność od uczelni - mówi Marcin Chałupka, ekspert prawa szkolnictwa wyższego. - Narzucają opłaty, nie pytając o zgodę, a gdy ktoś protestuje, straszą skreśleniem z listy studentów.
SGH wycofało się z opłaty za przepisanie przedmiotów. - W obowiązującej teraz tabeli opłat już jej nie ma, to nasz ukłon w stronę studentów - mówi Tomasz Rusek, rzecznik szkoły. To wyjątek, bo z reguły uczelnie pobierają opłaty tak długo, aż zainteresuje się nimi Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego albo media.
Na teoretycznie darmowych studiach studenci muszą płacić za wpisy na kolejny rok studiów, za przedłużenie sesji, a nawet za udzielenie urlopu dziekańskiego. Na koniec studiów uczelnia kasuje za przystąpienie do egzaminu magisterskiego, wydanie dyplomu, świadectwa i ich odpisów. Niemal wszystkie liczą sobie dodatkowo za tłumaczenie dokumentów na język obcy, mimo że gotowy wzór wisi na stronie internetowej ministerstwa.
- Bezpłatne studia to fikcja - mówi Robert Pawłowski, rzecznik praw studenta. W każdym semestrze wpływa do niego ponad pół tysiąca skarg na dodatkowe opłaty pobierane przez uczelnie. - Najczęściej racja jest po stronie studenta - przyznaje.
Z listów, jakie dostaje rzecznik, wynika, że uczelnie pobierają opłaty, za co tylko się da: za powtarzanie zajęć, za udział w obowiązkowych obozach, kursach i badaniach terenowych. Żąda się od studentów kupna ubrań ochronnych czy najnowszych wydań podręczników, choć niczym nie różnią się od tych, które można wypożyczyć w bibliotece. W tym ostatnim przypadku presję wywierają wykładowcy, którzy już na początku roku mówią, że wyszła nowa edycja ich podręcznika, i to z niego będą pytania egzaminacyjne. - To co? Mam siedzieć w księgarni i kartka po kartce śledzić, co się zmieniło w nowym wydaniu? - pyta Maciej, student dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. - Nie mam na to czasu. Kupuję podręcznik za kilkadziesiąt złotych.
W ustawie o szkolnictwie wyższym zapisano, że uczelnie mogą brać pieniądze jedynie za "usługi edukacyjne związane ze studiami". - A nie są nimi opłaty za czynności administracyjno techniczne takie jak wpis warunkowy czy ponowne wpisanie na listę studentów - mówi Pawłowski. - Te opłaty to zwykłe wyłudzenia - dodaje.
Studenci mają tego dość. - Chcemy, by uczelnie podpisywały ze studentami umowy cywilnoprawne - mówi Bartłomiej Banaszak, przewodniczący Parlamentu Studentów RP. Miałyby one określać, za co i kiedy uczelnia będzie pobierać opłaty.
Pomysł podchwyciło Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. - Chodzi o zagwarantowanie lepszej ochrony praw studentów na uczelniach publicznych - tłumaczyła w "Gazecie" minister Barbara Kudrycka. Zapis o obowiązkowych umowach ma się znaleźć w znowelizowanej ustawie o szkolnictwie wyższym. Ministerstwo chce, by zaczęły obowiązywać od roku akademickiego 2010/11.
Co na to uczelnie? Według prof. Katarzyny Chałasińskiej-Macukow, rektora Uniwersytetu Warszawskiego i szefowej Konfederacji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, konieczna jest większa przejrzystość w pobieraniu opłat od studentów. - Te kwestie powinny być jasno uregulowane - zapewnia. Ale jej zdaniem prostszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie zmian w regulaminach studiów. - To tam powinny być wszelkie zapisy dotyczące opłat - przekonuje prof. Chałasińska-Macukow.