Lider zespołu Ich Troje Michał Wiśniewski niezbyt ukrywa swoje życie prywatne. Nie robił też tajemnicy ze swej miłości do ruletki i pokera. Rajcowały go tak bardzo, że otworzył własne kasyno w warszawskim klubie Extravaganza. - W końcu zrealizuję jedno z marzeń - pisał w swoim blogu.
Wiśniewski dołączył do długiej listy sławnych ludzi kochających hazard. Byli wśród nich XVII-wieczny filozof Kartezjusz i Fiodor Dostojewski, który swą słabość uwiecznił we wstrząsającej powieści "Gracz". Jednak w tamtych czasach, żeby się "hazardować"- grać w kości, karty i ruletkę - trzeba było chodzić do pokątnych domów
gry, gdzie spotykali się arystokraci, rozmaite niebieskie ptaki i kobiety podejrzanej konduity. Dziś hazard to przemysł - państwowe i samorządowe loterie, prywatne kasyna i salony gry, bukmacherzy. Roczne przychody całej branży na świecie ocenia się na ponad 300 mld dol.
Gramy w totka Przeciętny polski miłośnik hazardu jest zwykle... graczem w poczciwego totolotka. Totalizator Sportowy, utworzone na fali gomułkowskiej odwilży w 1955 r. przedsiębiorstwo państwowe, to dziś jedna z największych spółek skarbu państwa. Zajmuje się grami liczbowymi oraz loteriami i jest zgodnie z prawem państwowym monopolistą w tej dziedzinie.
W 2008 r. miała ponad 3,5 mld zł przychodów, oddała fiskusowi prawie 1,5 mld zł, z tego 829 mln poszło wyłącznie na kulturę i sport. 25 proc. od każdego kuponu to specjalna dopłata właśnie na sport i kulturę. Jednak choć przychody Totalizatora rosną, a Polaków przyciągają liczne kumulacje, to daleko nam do unijnych sąsiadów. Według raportu renomowanej firmy doradczej La Fleur's w 2006 r. statystyczny Polak wydał na kupony Totka 21 dol. W brytyjskiej National Lottery mieszkaniec Wysp zostawił 162 dol., ale rekordy biją Grecy - tamtejsza firma OPAP zgarnęła od przeciętnego mieszkańca Hellady aż 408 dol.
Totalizator Sportowy uchodził do niedawna za dojną krowę budżetu, w której nic nie trzeba robić, a pieniądze same płyną. Ostatnią rewolucją było uruchomienie w latach 90. przez amerykańska firmę GTech systemu lottomatów połączonych w sieć, umożliwiających natychmiastową rejestrację kuponów i grę do ostatnich minut przed losowaniem. Od tego czasu wprowadzono tylko kilka nowych gier, m.in. popularnego Multilotka oraz najstarszą grę liczbową na świecie - Keno. Totalizator przejął też wyścigi konne na warszawskim Służewcu i próbuje je reanimować. Wyścigi konne i obstawianie wyników, niezwykle popularne w Wielkiej Brytanii czy Francji, w Polsce zupełnie się na razie nie liczą.
Totalizator przyciąga przede wszystkim wysokością wygranych - nie ma w Polsce innej gry, w której można wygrać 40 mln zł, jak w czasie ostatniej wielkiej kumulacji. Jednak dla prawdziwych miłośników hazardu słabością jest brak dreszczyk emocji, który towarzyszy im w kasynie czy przy automacie. No i obstawienie totka trwa kilka sekund, przy automacie można spędzić całe godziny.
Fachowcy z branży podkreślają, że najważniejszym zadaniem Totalizatora Sportowego jest "odmłodzenie" klientów. Najnowsze pokolenie graczy w coraz większym stopniu przenosi się do internetu. A w sieci w totka grać na razie nie można.
Władze Totalizatora walczą więc o otwarcie na nowe rynki. Chcą uruchomić tzw. wideoloterie, czyli automaty do gry połączone w sieć. Totalizator miałby na nie monopol. Pomógłby mu w tym GTech, a przeszkadza obecne prawo. Ustawa pozwala Totalizatorowi na utworzenie wideoloterii od 2003 r., ale każda gra ma być obciążona specjalnymi 10-proc. dopłatami na sport i kulturę. Wrzucając do maszyny 50 zł, od razu tracilibyśmy więc 5 zł i moglibyśmy zagrać tylko za 45. To sprawiło, że wideoloterie nie powstały.
Zgodnie z planami resortu finansów dopłatami miały być obciążone także istniejące już dziś kasyna, salony gier i automaty. To właśnie wywołało kolejną gigantyczną awanturę polityczną wokół hazardu. Branża gwałtownie protestowała, a hazardowemu biznesmenowi Ryszardowi Sobiesiakowi z Wrocławia udało się po cichu urobić szefa Klubu Parlamentarnego PO Zbigniewem Chlebowskim i - prawdopodobnie - ministra sportu Mirosława Drzewieckiego. Rozmowy Chlebowskiego i Sobiesiaka podsłuchało CBA, a stenogramy opublikowała "Rzeczpospolita". Materiały CBA doprowadziły do
trzęsienia ziemi w rządzie i w PO - Chlebowski i Drzewiecki stracili stanowiska. Jednak przykład wideoloterii, które istnieją wyłącznie na papierze, pokazuje, że obawy resortu gospodarki i branży hazardowej w sprawie wprowadzenia nieszczęsnych dopłat do istniejących już dziś automatów są słuszne.
Na świecie od dawna dochody z gier liczbowych i loterii przeznaczane są na jakiś specjalny "zbożny" cel. U nas jest to sport i kultura. W USA głównie edukacja, w Europie - także pomoc najuboższym. To działa - ludziom łatwiej przychodzi wysupłać parę groszy na kupon, jeśli wiedzą, że pieniądze nie trafią do ogólnobudżetowego worka, lecz pójdą np. na szkoły sportowe czy boisko. Jednak Polska jest jedynym krajem na świecie, który stosuje dopłaty - zwykle firma organizująca gry płaci wysoki podatek od różnicy między wpłaconymi przez graczy pieniędzmi a wypłaconymi wygranymi. Totalizator Sportowy i resort skarbu od dawna zabiegają o zastąpienie dopłat jakimś innym systemem. Na razie bez skutku.
Automaty są wszędzie Kiedy w 2003 r. Sejm legalizował tzw. automaty o niskich wygranych, mało kto przypuszczał, że Polacy tak szybko je polubią. Dziś jest ich ok. 48 tys. Są wszędzie - na dworcach, w centrach handlowych, sklepach, knajpach, a nawet w specjalnych budkach i dawnych kioskach. Resort finansów, godząc się na legalizację automatów musiał przyznać się do klęski hazardowej prohibicji. Przez całe lata 90. wstawianie automatów gdziekolwiek poza salonami gier było zakazane. Automaciarze obeszli to, wykorzystując lukę w prawie - tzw. jednoręcy bandyci byli przedstawiani jako "automaty zręcznościowe". A zyski z procederu czerpała mafia. (W 2003 r. "Gazeta" ujawniła, że potentat nielegalnego hazardu Maciej Skórka i przyjaciel posła SLD Jerzego Jaskierni był blisko związany z gangiem pruszkowskim).
W 2000 r. inspektorzy skarbowi skonfiskowali wszystkie automaty "zręcznościowe". Jednak gangsterzy przechytrzyli fiskusa. Na miejsce zajętych przez poborców skarbowych przyszły nowe. Tym razem widniały na nich napisy: "Automat nie wypłaca wygranych". I rzeczywiście nie wypłacał - robił to z reguły barman.
W 2003 r. resort finansów stwierdził wreszcie, że też chce coś z tego mieć. Automaty zostały zalegalizowane, ale żeby ograniczyć hazardowy nałóg, wprowadzono zasadę, że można wygrać tylko 15 euro (stąd ich nazwa - automaty o niskich wygranych). Żeby dostać koncesję na ich wstawianie, trzeba m.in. przedstawić legalność pochodzenia kapitału. To miało wyeliminować z rynku mafię. Znowu ruszyli w teren inspektorzy skarbowi, konfiskując stare automaty, żeby oczyścić przedpole dla legalnego biznesu.
I automatowy interes kwitnie. W 2004 r. było 4,8 tys. automatów, w tym jest ich już dziesięć razy więcej. W 2008 r. firmy wstawiające automaty zapłaciły 294 mln zł podatku (180 euro miesięcznie od jednej maszyny), awansując na drugie po Totalizatorze Sportowym hazardowe źródło dochodów fiskusa. W tym roku rekord zostanie pobity - już po pierwszym półroczu fiskus dostał aż 232 mln zł.
Tylko w samej Warszawie jest 2575 automatów - czyli jeden automat przypada na 660 mieszkańców. W mniejszych miejscowościach, gdzie często nie ma kin, klubów czy dyskotek automaty są jeszcze popularniejsze, bo są jedyną dostępną rozrywką. Np. w Mińsku Mazowieckim automatów w przeliczeniu na mieszkańca jest więcej niż w Warszawie - choć jest ich tylko 86, to jeden przypada na 441 mieszkańców. Zadowoleni są właściciele knajp - dostają zwykle połowę przychodów od każdej maszyny.
- Grają ci, którzy przychodzą sami - opowiada barman z jednego z warszawskich pubów. - Klient pije piwko, wrzuca pieniądze, coś tam wygra albo przegra i czas jakoś leci.
Na automatach łatwo coś wygrać - ponad 90 proc. wrzuconych pieniędzy idzie na wygrane. Tak musi być, bo inaczej gracz szybko by się znudził.
Fiskus szykuje automatom podwyżkę podatków. Wiceminister finansów Jacek Kapica odpowiedzialny za ustawę o grach losowych, na którą chciał wpłynąć Ryszard Sobiesiak, mówił, że ryczałt od jednego automatu może wzrosnąć o blisko 100 proc. Fiskus może zyskać z tego dodatkowe 400 mln zł, czyli tyle, ile miało wpłynąć z feralnych dopłat. Branża będzie zapewne sarkać, ale to i tak znacznie lepsze niż dopłaty, których nie ma w żadnym kraju świata. Jednak najbardziej automaciarze boją się nie fiskusa, lecz uruchomienia państwowych wideoloterii, które bardzo szybko wyrzuciłyby ich z rynku. Wideoloterie nie mają bowiem limitów wygranych - można wygrać tysiące złotych, a nie równowartość 15 euro.