Biznes Ludzie Pieniądze

Krótka rozprawa o potędze rzeczy niewidzialnych

Vadim Makarenko
12.10.2009 , aktualizacja: 11.10.2009 23:01
A A A Drukuj
Przejście na naziemną telewizję cyfrową jest rewolucją, jakiej telewizja nie widziała od czasów wprowadzenia koloru. Polska jest jedynym krajem na Starym Kontynencie, który próbuje sobie z nią poradzić bez specjalnej ustawy. Efekt - pogłębiający się bałagan.
Ówczesna prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej Anna Streżyńska i szef Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Witold Kołodziejski.
Wojciech Olkuśnik
Ówczesna prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej Anna Streżyńska i szef Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Witold Kołodziejski.
To wielka ironia. W dniu, gdy Urząd Komunikacji Elektronicznej wydał nadawcom decyzje o rezerwacji częstotliwości w pierwszym cyfrowym pakiecie kanałów nadawanym drogą naziemną (multipleks), w Krakowie zgasł nadajnik cyfrowy i tysiące widzów straciło dostęp do programów TVP, Polsatu, TVN, TV 4 oraz TV Puls. A to był ważny dzień dla wszystkich. Dla państwa, bo po decyzji urzędników miało się rozpocząć regularne nadawanie cyfrowe, na które jesteśmy skazani, gdyż ochrona prawna częstotliwości używanych obecnie przez stacje telewizyjne w całej Europie wygasa w połowie 2015 r. Ważny dla stacji telewizyjnych, bo decyzje urzędników gwarantują ciągłość nadawania (to dlatego ich prezesi warowali niczym Reksio w sekretariacie Anny Streżyńskiej, prezes UKE, do późnych godzin wieczornych). Ważny dla widzów, bo naziemna telewizja cyfrowa oznacza nie tylko lepszą jakość obrazu i dźwięku, ale w przyszłości też więcej stacji w eterze, a co może być lepsze od telewizji niż jeszcze więcej telewizji? 

Jednak mimo dokumentów wydanych stacjom przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji oraz UKE regularna emisja nie ruszyła i wciąż mamy testy. Cyfrowy sygnał ma płynąć z nadajników TP Emitel, spółki należącej do Grupy TP. Ale jako operator pierwszego pakietu (multipleksu) nie mogła ona uzyskać pozwolenia na nadawanie, bo nadawcy nie podpisali z nią zwykłej umowy handlowej. Dlaczego nie podpisali? Bo muszą wybrać operatora pakietu w pełnej zgodzie. O ile TVN i Polsat są gotowe zrobić to natychmiast, o tyle TVP uważa, że może zrobić to dopiero w wyniku przetargu, a ten może potrwać miesiące. Teraz nadawcy głowią się nad tym, jak podpisać umowę z operatorem. TVP napisała pismo do Urzędu Zamówień Publicznych, żeby zwolnił ją z obowiązku przeprowadzenia przetargu. A na razie stacje komercyjne rozważają podpisanie umowy z Emitelem do końca roku, ale z jednym istotnym warunkiem - jeśli do końca roku nie dołączy do nich TVP, umowa wygasa. Co byłoby wtedy? - Nie wiem. Zaczniemy od nowa - przyznaje szczerze przedstawiciel jednej ze stacji komercyjnych. 

Nadajnik w Krakowie, który nagle zamilkł, wzbudzając wściekłość widzów - to inna prowizorka. Od 2007 r. Emitel nadawał w Krakowie cyfrowo sygnał największych stacji na podstawie testowych pozwoleń, a widzowie w tym czasie kupowali nowe telewizory albo dekodery umożliwiające odbiór telewizji cyfrowej przez zwykłą antenę na dachu. Jednak ostatnie pozwolenie wygasło tydzień temu. Anna Streżyńska, szefowa UKE, twierdzi, że była świadoma nadciągającego terminu i przygotowała nowe. Według niej przedstawiciele TP Emitel po prostu nie zjawili się w UKE, by je odebrać. Dlaczego? Bo spółka przez lata finansowała emisję testową w mieście Kraka z własnej kieszeni i nie dostawała od nadawców pieniędzy. Przypomnijmy, że Grupa TP nie jest instytucją charytatywną, lecz spółką notowaną na giełdzie i jej akcjonariusze nie lubią darmowych usług. Zatem TP Emitel wykorzystał zbliżający się termin zakończenia testów do wywarcia presji na nadawcach: "Albo zapłacicie, albo wyłączymy". I groźbę zrealizował. Już następnego dnia w gabinecie szefowej UKE spotkali się przedstawiciele stacji oraz TP Emitela. Cel - przekonać operatora i nadawców do wznowienia emisji w Krakowie. Testowej, rzecz jasna. Bo - zgodnie z harmonogramem - regularną można będzie rozpocząć tam dopiero w 2011 r. Udało się. Cyfrowa telewizja wróciła do Krakowa. Testowo. 

A są jeszcze Podkarpacie i Podbeskidzie. Tam to dopiero ludzie mają przegwizdane! W 2004 r. w Wiśle i Rzeszowie TP Emitel zaczął testową emisję, która trwa do dziś. Jednak widzowie, którzy zdążyli kupić nowe telewizory albo dekodery, odbierają cyfrowy sygnał TVP1, TVP2 oraz TVP Info w starym formacie (MPEG-2). Podczas gdy w pozostałych regionach kraju testy odbywają się w formacie MPEG-4, który ma zostać standardem po całkowitym wyłączeniu nadajników analogowych. Oznacza to, że widzowie z Podkarpacia i Podbeskidzia będą musieli kupować dekodery i telewizory jeszcze raz. 

Naziemna telewizja cyfrowa to ogromne inwestycje: w dekodery do odbioru (zapłaci widz), w sieć nowych nadajników (zapłacą firmy zajmujące się emisją sygnału oraz nadawcy, którzy płacą im za ich usługi) oraz w promocję, na którą powinni się zrzucić nadawcy, operatorzy sieci nadajników oraz producenci telewizorów i dekoderów. Ktoś musi przecież wytłumaczyć ludziom, gdzie i jaki telewizor albo dekoder kupić. Powinni też wiedzieć, kiedy w ich mieście już nie można będzie odbierać telewizji "po staremu", czyli analogowo. Jak pokazują przykłady Rzeszowa i Wisły, źle poinformowani widzowie płacą dwa razy. Wszystkie te inwestycje idą w setki milionów złotych i nikt nie uruchomi ich na podstawie zezwoleń testowych. Gdy do naszej redakcji dzwonią widzowie i pytają, co i gdzie mają kupić, nie wiem, co im poradzić. Radzę im czekać, żeby mnie potem nie przeklinali.

Czy to oznacza, że UKE i KRRiT działają źle? Bynajmniej. W obecnej sytuacji one robią wszystko, co mogą. Problem w tym, że pracują bez specjalnej ustawy. Wszystkie ich ruchy i decyzje opierają się na ustaleniach, które wypracowują wspólnie ze stacjami oraz firmami zajmującymi się emisją sygnału. W efekcie jeszcze nigdy pozycja stacji w urzędach regulujących rynek nie była tak mocna. Mają niemal prawo weta. Nie odbierając jakiejś decyzji albo odwołując się od niej w części lub w całości, potrafią jeśli nie zablokować proces, to go wydłużyć. A czasu mamy coraz mniej i urzędnicy są tego świadomi.

?Jeśli z takim trudem idzie nam uruchomienie pierwszego multipleksu telewizji cyfrowej, w którym miejsce dostali wszyscy dotychczasowi nadawcy, to co się będzie działo z kolejnymi? Dopiero tam zacznie się prawdziwa walka, bo to one są szansą na wejście na nasz rynek dla takich gigantów, jak niemiecki Bertelsmann, włoski Mediaset czy szwedzki MTG. A każdy nowy kanał zyskujący zasięg ogólnokrajowy będzie konkurował o budżety reklamowe z TVP, Polsatem i TVN. Zatem w interesie dużych graczy leży jak najdłuższa gra na zwłokę albo przekonanie urzędów, że polski widz nie potrzebuje nic innego niż kanały tematyczne TVN, Polsatu i TV Puls. Przedsmak tego, co się może dziać, mieliśmy latem tego roku, kiedy okazało się, że w projekcie dokumentacji konkursowej dla operatora drugiego multipleksu KRRiT zamontowała punkty karne za włączenie do oferty kanałów telewizyjnych produkowanych przez wydawców prasy i nadawców radiowych.

Dlatego ustawa cyfryzacyjna powinna powstać jak najszybciej i narzucić temu procesowi jakieś ramy. Magdalena Gaj, wiceminister infrastruktury, zapowiada, że jej resort pracuje nad projektem i lada moment przekaże go do uzgodnień międzyresortowych i społecznych. Do tej pory o cyfryzacji mówiły wszystkie rządy po kolei, ale żaden z nich się nią nie zajął. Dlaczego? Na to pytanie celnie odpowiedział kiedyś Bronisław Wildstein w "Rzeczpospolitej": bo regulacje rynku są abstrakcją dla wyborców i nie zbije się na nich szybkiego kapitału politycznego.

To nie jest becikowe ani zakaz handlu w niedzielę. To rzeczy niewidoczne. Ale gdy ich nie ma, dzieje się coś dziwnego - gaśnie ekran telewizora, telefon komórkowy traci zasięg, a za internet płacimy jak za zboże.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów