Oficjalnie procedura
prywatyzacji miała się zakończyć w czwartek. Sygnały o tym, że niemiecki gigant może się wycofać z kupna wielkopolskiego
sprzedawcy prądu, pojawiały się od kilku dni. Ale bomba wybuchła dopiero wczoraj. Oficjalny komunikat RWE nie pozostawia złudzeń - ten etap prywatyzacji zakończył się klęską skarbu państwa: "Po przeprowadzonej analizie spółki RWE doszło do wniosku, że potencjalna oferta nie odpowiadałaby oczekiwaniom rynku".
Za ezopowym językiem kryje się prosta informacja - Enea jest za droga. Potencjalny inwestor miał bowiem ogłosić wezwanie na akcje spółki, uzależnione od ich giełdowego kursu. Skarb państwa chciał też premię za sprzedaż większościowego pakietu.
Prywatyzacja Enei od początku wisiała na włosku. W zeszłym roku spółka zadebiutowała na giełdzie, ale inwestorzy finansowi - wielkie banki i fundusze inwestycyjne - nie chcieli kupować akcji w samym środku kryzysu. Ofertę uratował szwedzki potentat energetyczny Vattenfall, który kupił 18 proc. akcji. Skarbowi państwa zostało 67 proc, 15 proc. jest zarezerwowane dla pracowników. Vattenfall był głównym kandydatem do przejęcia firmy, ale nie zgłosił się do drugiego etapu prywatyzacji. Zrobiło to niemieckie RWE. Przez kilka miesięcy badało finanse Enei.
Dlaczego RWE zrezygnowało? - Dla nas przy wycenie najważniejsze są wyniki spółki i jej perspektywy, a nie kurs giełdowy, który jest zmienny - papiery kosztowały od 14 zł do 23 zł. Poza tym na giełdzie jest zaledwie nieco ponad 2 proc. akcji, co sprawia, że ich kurs nie odzwierciedla wartości spółki - mówi "Gazecie" Filip Thon, prezes polskiej spółki RWE. - Jesteśmy zaionteresowani rozwojem w Polsce, a co do Enei, to wszystko zależy od rozwoju sytuacji.
- Jeśli porównamy wyniki Enei i jej kurs giełdowy, to spółka jest rzeczywiście za droga - mówi "Gazecie" prezes dużego koncernu energetycznego. - Resort rozegrał to najgorzej jak mógł, po prostu się zakiwał - wyjaśnia analityk branży. - Najpierw podkreślano, jaka to dobra spółka i ilu inwestorów się o nią bije, co oczywiście windowało kurs. Potem, kiedy zgłosiło się tylko RWE, minister skarbu mówił, że wciąż oczekuje na kontrwezwanie Vattenfalla, co RWE mogło odebrać jako grę nie fair.
Resort skarbu odpiera te zarzuty. - Zawsze podkreślaliśmy, że nie będziemy sprzedawać za wszelką cenę, że oczekujemy uczciwej ceny, jeśli inwestor jej nie zaoferuje, to spółka nie zostanie sprzedana - odpiera zarzuty Maciej Wewiór, rzecznik ministerstwa.Enea jest trzecią co do wielkości spółką elektroenergetyczną w kraju. Ma niemal 2,5 mln klientów, głównie w Wielkopolsce i na Pomorzu Zachodnim. Należy też do niej elektrownia Kozienice, druga największa siłownia w Polsce. Jej
prywatyzacja miała dać
budżetowi od 8 do 10 mld zł. W planach rządu było to największe źródło prywatyzacyjnych dochodów na ten rok. Co teraz? - Rozważamy jeszcze jedną próbę prywatyzacji - mówi Wiewiór. - Ale bez dochodów z Enei też sobie poradzimy. Będzie dywidenda z PZU. W sumie z dywidend możemy ściągnąć 11 mld zł.
Zadowoleni w fiaska prywatyzacji są związkowcy. Piotr Adamski, szef "Solidarności" (we wrześniu groził strajkiem generalnym): - Lepiej być nie może. Baliśmy się Niemców. Nie chcieliśmy, żeby kupiło nas RWE. Uważamy, że z prywatyzacją trzeba poczekać do następnego roku. Bardzo dobrze, że ministrowi z planów prywatyzacyjnych nic nie wyszło.
Do
gry może się jeszcze włączyć francuski potentat GdF Suez, który w poniedziałek zgłosił chęć obejrzenia dokumentów finansowych spółki wyłożonych dla inwestorów. Ale z informacji "Gazety" wynika, że także on nie ogłosi wezwania na akcje spółki.