23 września europejscy rolnicy wylali na miejskie ulice, pod oknami urzędów, ok. 40 mln litrów mleka. To była ich pierwsza od lat skoordynowana akcja protestacyjna. Wszystko dlatego, że średnia cena mleka w skupie spadła poniżej 15 eurocentów, podczas gdy jeszcze w 2007 r. wynosiła 32 eurocenty za litr. Rolnicy twierdzą, że obecne ceny skupu są niższe od kosztów produkcji.
Domagają się więc od Komisji Europejskiej pomocy - najlepiej interwencyjnego skupu mleka, większych dopłat do eksportu i utrzymania limitów produkcji co najmniej do 2020 roku.
Domagają się pomocy, bo są do niej przyzwyczajeni. Od dziesiątków lat, jak ceny mleka spadają, Bruksela rzuca rolnikom koła ratunkowe.
W poniedziałek ministrowie rolnictwa UE zapewne zgodzą się na 300 mln euro dodatkowej pomocy dla mleczarzy w przyszłym roku. Według nieoficjalnych informacji z piątku propozycję Parlamentu Europejskiego poparło 21 z 27 krajów. To jednak tylko doraźna pomoc, która nie rozwiąże problemów tego rynku.
Mleczna elita Europa wytwarza najwięcej różnorodnych produktów pochodzących z mleka i jest największym ich eksporterem na świecie. Od lat mleczarstwo było jedną z bardziej opłacalnych produkcji w rolnictwie. Ceny skupu mleka były dość wysokie, a krowy coraz bardziej mleczne. Od lat też rolnicy właściciele krów mlecznych uchodzą za elitę wśród europejskich rolników. Ich dochody są w miarę stabilne i stałe - świątek czy piątek, zimą czy latem co drugi dzień do gospodarstw przyjeżdżają beczkowozy po mleko, a pieniądze za nie pod koniec miesiąca wpływają regularnie na konta rolników. Żadna inna branża rolnicza tak dobrze nie ma. Ale też to najbardziej pracochłonna i kosztowna branża, w której na zyski trzeba najdłużej czekać - nawet cztery-pięć lat.
Krowa to fabryka mleka. To istota żywa, która co dzień pracuje z urządzeniami mechanicznymi, czyli dojarkami. Wymaga więc ogromnej opieki i kosztów.
Dlatego rolnicy hodowcy krów mlecznych tak gwałtownie teraz reagują na spadek cen i możliwość bankructwa. Wiedzą, że zlikwidować stado krów można szybko, ale na jego odbudowę trzeba będzie czekać latami.
Swoje mleczne bogactwo Unia zbudowała na starannie zaplanowanej, ściśle kontrolowanej i bardzo kosztowej polityce rolnej. Przez lata dopłacała rolnikom do każdej sztuki bydła, do każdej krowy-matki, do cielaka. Pilnowała, by ceny mleka nie spadły, gromadząc w magazynach nadwyżki masła i mleka w proszku i dopłacając do eksportu tak bardzo, że stało się tańsze niż to wyprodukowane np. w Afryce.
Jak mówi prof. Wojciech Jóźwiak, specjalista od ekonomiki rolnictwa, to bogactwo unijnych rolników zbudowano na krzywdzie biednych rolników krajów trzecich. - Do Afryki wysłano tak tanie mleko, że po dodaniu do niego wody było tańsze niż kupowane od miejscowych rolników, co doprowadziło do wyrżnięcia tamtejszych krów.
Produkcja w poszczególnych unijnych krajach jest ściśle ograniczona przez Komisję Europejską (tzw. limity produkcji), więc mimo korzystnych cen rolnicy nie mogą sobie dowolnie zwiększać produkcji. A to trzymało ceny na dość wysokim poziomie. Niektóre kraje, np. Włochy, od lat protestowały przeciwko zbyt niskim dla siebie limitom i usiłowały wyrwać co nieco z gardła Brukseli. Taki sam raban robiła
Polska. Uważaliśmy, że przyznane nam limity są niesprawiedliwe, bo zbyt niskie. Kiedy wchodziliśmy do Unii, nasza produkcja mleczna dopiero nabierała rozpędu, po załamaniu na początku lat 90., kiedy przy okazji likwidowania PGR-ów wyrżnęliśmy też krowy mleczne. Od ok. 2003 r. kto mógł, inwestował w Polsce w obory, nowoczesny sprzęt i wysokomleczne jałówki, licząc, że za kilka lat rzeka mleka zapewni mu dobrobyt.
Przyszła hossa Ten sprawnie funkcjonujący system nagle się zaczął walić na przełomie roku 2007 i 2008. Bruksela pod wpływem przeciwników dopłat do rolnictwa (organizacji międzynarodowych i konsumentów europejskich) postanowiła powoli ograniczyć wspieranie rynku mleka. Zmniejszono
dopłaty do eksportu mleka w proszku - teraz wynoszą 22,5 euro do 100 kg mleka w proszku, a jeszcze kilka lat temu było to nawet pięć razy więcej.
Do tego lobby rolnicze uznało, że limity produkcji nie są potrzebne. Wręcz przeciwnie - szkodzą rozwojowi branży, każdy chciał produkować więcej niż dotychczas, skoro ceny były wysokie, a możliwości zbytu wydawały się nieograniczone.
To dlatego, że w 2007 r. na rynku mleka zapanowało prawdziwe eldorado. Światowe ceny mleka, masła i serów poszybowały w górę, a eksperci wieszczyli prosperity na kolejne dziesięć lat. W połowie 2007 r. masło w Unii zdrożało o 70 proc. w stosunku do roku 2006, mleko w proszku o 90 proc., a sery żółte o 50 proc. Rekordy pobił ser Cheddar, specjalność brytyjska - jego cena eksportowa w 2007 roku podwoiła się.
Produkty mleczarskie drożały z kilku powodów - np. dlatego, że w Australii panowała susza, więc krowy dawały mniej mleka i Australia wypadła z konkurencji. Ale przede wszystkim dlatego, że wzrósł ogromnie popyt w krajach, które są wielkimi importerami tych produktów.
Rosja, kraje arabskie,
Wenezuela i
Meksyk dzięki drogiej ropie naftowej, którą eksportują, mogły więcej pieniędzy przeznaczyć na kupno masła, serów czy mleka.
Chiny więcej kupowały, bo ten kraj rozwija się w tempie błyskawicznym.
A eksport nakręcał ceny na rynku wewnętrznym. Największe znaczenie w handlu światowym ma odtłuszczone mleko w proszku - tym produktem się handluje i on w dużym stopniu wyznacza ceny pozostałych. To właśnie mleko w proszku najbardziej zdrożało w roku 2007. A tak się składa, że Polska jest tu potentatem - mamy aż 5 proc. światowej produkcji. Dlatego ten rok był dla polskich rolników i mleczarzy wyjątkowo udany.
A po hossie bessa Zbiurokratyzowana Unia działa powoli, ale działa, więc pod naciskiem rządów krajów, gdzie rolnicy mają znaczący głos (głównie Francji, Niemiec i Włoch), rok temu zdecydowała o zniesieniu limitów w produkcji mleka od 2015 roku.