Co naprawdę nas uratowało Jeżeli chodzi o ocenę stanu gospodarki, autorzy artykułu przyznają, że do tej pory się mylili w swojej diagnozie i że w roku bieżącym nie będzie spadku
PKB o 2,5 proc., o którym mówili jeszcze w maju (co było jeszcze bardziej pesymistyczną prognozą niż minus 1,4 proc. Komisji Europejskiej). Niemniej w mojej ocenie Gronicki i Hausner w sposób bardzo uproszczony i niekompletny wyjaśniają fenomen polskiego sukcesu gospodarczego w 2009 r. Ich zdaniem ocaliły nas zmiany w stanie zapasów wyrobów gotowych oraz produkcji niezakończonej i wiążące się z tym zmiany w imporcie. W rzeczywistości autorzy zbyt dużą rolę przypisują zapasom w kontekście popytu importowego. Inwestycje w zapasy są zaspokajane przede wszystkim z produkcji krajowej, a w dalszej kolejności z importu. Znacznie większą importochłonnością charakteryzuje się
eksport oraz inwestycje prywatne w maszyny, urządzenia i środki transportu, i to spadek tych kategorii odpowiada za spadek importu w większym stopniu niż zapasy. Warto przy tym zwrócić uwagę na fakt, że zapasy zmalały o jakieś 7-8 mld od III kw. ub.r., natomiast import w I półroczu br. był mniejszy aż o 26,6 mld zł w porównaniu z II półroczem ub.r.
Na poprawę zagranicznego
bilansu handlowego wpłynęły również, oprócz osłabienia złotego i spadku inwestycji prywatnych, eksport przygraniczny (m.in. wynikający z większej siły nabywczej przeciętnego Słowaka po wprowadzeniu euro i silnej deprecjacji złotego na przełomie 2008 i 2009 r.), korzystna struktura obrotów handlowych związana z większym udziałem towarów konsumpcyjnych w eksporcie niż imporcie, a także spadek cen surowców energetycznych.
W dalszej części swojego artykułu Gronicki i Hausner wskazują popyt konsumpcyjny i inwestycje rządowe jako czynniki podtrzymujące wzrost gospodarczy. To dobrze. Gdyby jednak zatrzymali się chwilę dłużej na tych dwóch kategoriach popytowych, to pewnie nie zaskoczyłby ich projekt budżetu na 2010 r. Dlatego że to zmiany systemowe w podatku dochodowym (obniżenie stawek) i VAT (uproszczenie) oraz działanie tzw. automatycznych stabilizatorów koniunktury, czyli pewnych instrumentów wmontowanych w system gospodarczy, które samoczynnie pobudzają lub hamują aktywność gospodarczą, spowodowały, że impuls fiskalny pozwolił na utrzymanie wzrostu popytu konsumpcyjnego. Celowo nie używam tu pojęcia "ekspansywna polityka budżetowa", ponieważ do stwierdzenia nastawienia polityki budżetowej potrzebne jest poczynienie szeregu założeń dotyczących elastyczności dochodów budżetowych, oszacowania luki podażowej czy siły działania właśnie automatycznych stabilizatorów. Stąd w czasie zwiększonych wahań wielkości makroekonomicznych ocena nastawienia polityki budżetowej jest obarczona dużym ryzykiem popełnienia błędu.
Jeśli zaś chodzi o wzrost publicznych wydatków innych niż infrastrukturalne wydatki inwestycyjne - które, jak sami autorzy przyznają, służą wzrostowi gospodarczemu, także w średnim i długim okresie - oczywiste jest, że pokrycie zobowiązań z roku 2008, wyższa składka do budżetu UE oraz zapowiedź nowelizacji budżetu na początku roku zakłóciły znacznie sezonowość wydatków budżetowych. W rezultacie nie powinno się porównywać nieporównywalnego, czyli I półrocza 2009 r. z I półroczem 2008 r., ponieważ znowu można wyciągnąć mylne wnioski. Wiadomo przecież, że ustalony w ustawie budżetowej poziom deficytu i wydatków nie może zostać przekroczony, a nowelizacja zwiększyła deficyt w bardzo ograniczonym stopniu jak na warunki kryzysowe i ogromną skalę ubytku dochodów budżetowych.
Co naprawdę nam grozi W końcu dochodzimy do najważniejszego, czyli analizy zagrożeń dla budżetu na rok 2010. Zacznijmy od stwierdzenia autorów, że to wszystko, co nas ratowało i sprawiało, że polska gospodarka radziła sobie bardzo dobrze w tym kryzysie, było przejściowe i niepewne i zaraz się skończy, zaczną się natomiast kłopoty. Autorzy znowu nadmiernie upraszczają konkluzje. Część impulsów bowiem wygaśnie w sposób naturalny, część nie lub w mniejszym stopniu, ale równocześnie pojawią się nowe impulsy. Chociażby ożywienie, aczkolwiek powolne, u naszych partnerów handlowych czy odbudowa zapasów. Sekwencja impulsów, tych pozytywnych i negatywnych, jest nieodłączną cechą wahań cyklicznych. Należy równocześnie zaznaczyć, że inwestycje infrastrukturalne nie są czynnikiem jednorazowym - program budowy dróg i autostrad będzie realizowany przecież także w kolejnych latach. Autorzy ponadto martwią się, że w Niemczech rośnie eksport, a nie import. Myślę, że nie należy się tym martwić, a wręcz cieszyć. Otóż badania pokazują, że polski eksport jest w większym stopniu skorelowany z niemieckim eksportem niż importem, a to dlatego, że ma w znacznym stopniu charakter zaopatrzeniowy.
Kolejne z serii plag, które zdaniem panów Gronickiego i Hausnera za chwilę spotkają polską gospodarkę, to katastrofa na "mglistym" rynku pracy, zwiększenie szarej strefy i utrata dochodów budżetowych oraz spadek popytu konsumpcyjnego. Rynek pracy jest przecież jednym z bardzo pozytywnych zaskoczeń w tym roku, a rząd ustawą o łagodzeniu skutków kryzysu ekonomicznego wspomaga przedsiębiorców w walce z pokusą restrukturyzowania wyłącznie poprzez zwolnienia. Szara strefa zwykle zwiększa się w okresie spowolnienia gospodarczego, jednak należy podkreślić, że w 2008 r. znacznie uproszczono system podatkowy i wprowadzono wiele zmian przyjaznych przedsiębiorcom, co powinno spowodować, że skala tego przyrostu będzie mniejsza. Nie można się także zgodzić z tezą autorów, że wzrost szarej strefy osłabia popyt konsumpcyjny. Nawet jeżeli pewne przepływy zostaną zrealizowane w szarej strefie, to są one gdzieś wydatkowane.
Wbrew opinii autorów zaczyna się także utrwalać korzystna tendencja dotycząca wzrostu wydajności i w związku z tym nie bałbym się, jak Gronicki i Hausner, osłabienia konkurencyjności polskich przedsiębiorstw i załamania polskiego eksportu. Od maja br. tempo spadku zatrudnienia w przemyśle pozostaje większe niż spadki produkcji przemysłowej. Rezultatem tego był czwarty z rzędu wzrost tempa wydajności pracy w przemyśle, przy czym w sierpniu, dzięki już niewielkiemu zmniejszeniu produkcji, tempo wzrostu wydajności pracy znacznie przyśpieszyło (do 6,9 proc. r/r, wobec 2,3 proc. r/r w lipcu). Również po uwzględnieniu czynników sezonowych sierpień był czwartym z rzędu miesiącem, w którym roczne tempo wzrostu wydajności pracy w przemyśle było dodatnie i również przyśpieszyło (5,3 proc. r/r wobec 2,9 proc. r/r w lipcu i 1,6 proc. r/r w czerwcu). Sierpień był pierwszym miesiącem od lutego 2007 r., w którym zanotowano spadek jednostkowych kosztów pracy (o 2,5 proc. r/r). Poza tym konkurencyjność trzeba porównywać z innymi krajami - a tam przeciętnie mamy do czynienia z rzeczywistym spadkiem wydajności. Zadowolić autorów jest zresztą trudno - bo gdy przedsiębiorcy nie dokonują redukcji zatrudnienia, to narzeka się, że spada ich wydajność i konkurencyjność, ale gdyby jednak mieli się zdecydować na te redukcje, to osłabiliby popyt konsumpcyjny - zawsze źle.
Kolejne czające się zagrożenie wiąże się z wahaniami kursu złotego. Tu należałoby spytać panów Gronickiego i Hausnera, co zrobili, będąc u władzy, w kwestii przygotowań do wprowadzenia
euro w Polsce. Słowacy wykorzystali dobrą koniunkturę i już sama decyzja o wprowadzeniu euro ustrzegła ich przed wahaniami waluty jesienią i zimą 2008 r. Innego remedium na ten problem nie ma - trzeba wejść do strefy euro jak najszybciej, a tymczasem kontynuować przygotowania i czekać na następną szansę, której tym razem już nie możemy zmarnować. Euro rozwiązałoby także problem finansowania długu i znacząco zmniejszyło związane z tym koszty, a tym samym rozwiało kolejne źródło troski autorów. Aby ograniczyć wzrost długu publicznego, musimy się posiłkować prywatyzacją. Jest ona równocześnie ważną reformą strukturalną zwiększającą udział sektora prywatnego w tworzeniu PKB, przecież przeciętnie bardziej efektywnego niż sektor publiczny.
Z artykułu panów Gronickiego i Hausnera dowiadujemy się też, że Ministerstwo Finansów "retuszuje" rzeczywistość za pomocą dziwnych operacji rachunkowych, o których autorzy dowiadują się z publikowanych przez ministerstwo co miesiąc danych dotyczących wykonania budżetu państwa. Kolejne "przestępstwo" Ministerstwa Finansów to stosowanie polskiego prawa, które nakazuje księgować przewalutowane środki unijne jako dochody budżetowe oraz środki przekazywane do OFE jako rozchody niezwiększające deficytu, a jedynie potrzeby pożyczkowe budżetu. Ten "przestępczy proceder" stosował także minister finansów Mirosław Gronicki. Niewykorzystanie przez ministra finansów środków unijnych będących w dyspozycji ministerstwa na koncie w NBP w momencie silnego spadku dochodów budżetowych oznaczałoby konieczność dodatkowego zwiększenia deficytu budżetowego i poniesienia wszystkich związanych z tym kosztów. Takie postępowanie byłoby zatem przejawem ekonomicznej nieefektywności. Oczywiste jest również, że w miarę potrzeb wydatkowych środki te będą przekazywane na finansowanie unijnych projektów. Idąc jednak tropem myślenia autorów, którzy sugerują, że to nadużycie, podobnie powinniśmy traktować część środków z VAT, które w następnych okresach miesięcznych czy kwartalnych zwracamy podatnikowi dokonującemu dalszej sprzedaży, i nie traktować ich jak dochodów budżetowych, ale jak pożyczkę płynnościową. Podobne mechanizmy działałyby zresztą w rozliczeniach rocznych w podatkach bezpośrednich.
Co naprawdę należy zrobić Na zakończenie chciałbym zwrócić uwagę na kilka elementów ważnych w analizowaniu bieżącej i przyszłorocznej sytuacji budżetowej, które Gronicki i Hausner pominęli w swoim artykule. Trzeba sobie odpowiedzieć, czy możliwy jest lepszy scenariusz polityki finansowej państwa w obecnych warunkach ekonomicznych i politycznych? Mamy przecież do czynienia z największym od kilkudziesięciu lat kryzysem ekonomicznym. Wydatki budżetowe zostały ograniczone do minimalnego możliwego poziomu. Prognoza dochodów budżetowych jest ostrożna, ale taka powinna być - kryzys jeszcze się definitywnie nie skończył i lepiej mieć pozytywną niż negatywną niespodziankę. Autorzy chyba się ze mną zgodzą, że prawdopodobieństwo tego, że będzie lepiej niż założono w budżecie jest większe niż tego, że będzie gorzej.
A co do strategii wyjścia z tych dużych deficytów i długu, panuje zgoda, że rok 2010 powinien być poświęcony na ich zaprojektowanie, a wdrażanie powinno się rozpocząć w 2011 r. Tak będzie w całej Europie. Ożywienie musi być bardziej ugruntowane, by można było się zabrać do zacieśniania polityki budżetowej. Oczywiście wszystkie dochody powyżej prognoz budżetowych powinny być przeznaczone na zmniejszanie deficytu. Ponadto powinniśmy pamiętać, że rząd działa nie tylko w kontekście warunków makroekonomicznych, ale też w politycznych, na które składają się m.in. możliwości przeforsowania proponowanych rozwiązań przez parlament i przez biurko prezydenta, a potem znowu przez Sejm.
Okres wysokiej koniunktury nie został wykorzystany do zrównoważenia finansów publicznych czy przeprowadzenia odpowiednich reform strukturalnych. Do tej pory takie beztroskie postępowanie było możliwe, ale w sytuacji, gdy
dług publiczny zbliża się do kolejnych progów ostrożnościowych oraz konstytucyjnej granicy 60 proc. PKB (notabene stanowiących polski pakt stabilizacji i rozwoju), a zasób możliwych działań jednorazowych się wyczerpuje, takich reform nie będzie już można odkładać. Oprócz rządu jest jeszcze 561 osób, które odpowiadają za powodzenie strategii wyjścia ze spowolnienia i jego konsekwencji dla publicznych finansów.