Prezes Barclays'a ostrzega, że jeśli angielskie banki zostaną poddane rygorystycznym regulacjom, to nie będą w stanie konkurować np. z instytucjami finansowymi ze Stanów Zjednoczonych, bo one żadnym ograniczeniom podlegać nie będą. Wysoko wyspecjalizowani pracownicy, mając do wyboru sute posady w bankach amerykańskich i mniej intratne w Wielkiej Brytanii, po prostu zdecydują się na emigrację.
John Hitchins, szef PricewaterhouseCoopers w Londynie, przyznaje, że wiele amerykańskich banków zachowuje się tak, jakby kryzys nigdy się nie wydarzył. Chodzi przede wszystkim o wielkie banki inwestycyjne - JP Morgan i
Goldman Sachs - które po kilku trudnych miesiącach znowu zaczęły odnotowywać idące w miliardy dolarów zyski. Problem w tym, że zamiast wynagrodzić swoich udziałowców (w tym wielu zwykłych Amerykanów, którzy w akcjach banków lokują swoje oszczędności i od których Goldman Sachs pożyczył 10 mld dolarów, gdy groziła mu utrata płynności), wolą przekazać pieniądze pracownikom. W ubiegłym tygodniu "NY Daily" ujawnił, że Goldman zamierza w tym roku wypłacić największy bonus w historii banku - ponad 23 mld dol. To znaczy, że każdy pracownik otrzyma średnio 700 tys. dol.
W Europie opór przeciwko kosmicznym pensjom bankowców jest znacznie większy niż w Stanach Zjednoczonych. Podczas wrześniowego szczytu przedstawicieli 20 największych gospodarek świata prezydent Francji Nicolas Sarkozy i kanclerz Niemiec Angela Merkel postulowali ustalenie górnych limitów wynagrodzeń finansistów (miałyby one być powiązane z wypracowywanymi przez banki zyskami lub z wartością zgromadzonych kapitałów). Amerykanie byli temu zdecydowanie przeciwni: zgodzili się tylko, żeby wypłata wynagrodzeń była rozłożona w czasie po to, by można było ocenić rzeczywistą wartość podejmowanych przez zarządy decyzji. Teraz jednak starają się zmniejszyć znaczenie tych ustaleń - niedawno przedstawiciel amerykańskiego Banku Rezerw Federalnych stwierdził, że wypracowane na szczycie G20 postanowienia to tylko niezobowiązująca propozycja.