Tę katastrofę europejskiej
motoryzacji zapowiedział premier Donald Tusk w wywiadzie dla sobotniej "Gazety". Tłumaczył, że polski rząd, nie robiąc nic dla motoryzacji w czasie kryzysu, postąpił lepiej niż większość państw świata, które taką pomoc dały.
- Decyzją ratującą Polskę jest zaniechanie panicznych decyzji, np. że nie wydamy 2 mld zł na wsparcie przemysłu samochodowego, co zrobiły inne europejskie rządy. Ludzie w Niemczech czy
USA kupili dzięki dopłatom dużo nowych samochodów i co teraz mają robić te fabryki, skoro na pięć lat mają zablokowany popyt na nowe samochody? Jaki to miało sens? - powiedział premier.
Skąd premier zna takie prognozy dla światowej branży samochodowej? Kto mu doradza? "Pan Premier nie ma doradcy specjalizującego się w rynku motoryzacji. Korzysta z wiedzy Rady Ministrów" - poinformował nas rzecznik rządu Paweł Graś.
Z kolektywnej wiedzy naszego rządu wynika więc, że rządy połowy państw UE prowadzą swoje fabryki aut do bankructwa. Bo premiami za wymianę gratów zablokowały na pięć lat popyt na nowe samochody.
Fachowcy się z tym nie zgadzają. - Trudno w ogóle robić takie prognozy. To prawda, że prawdopodobnie z powodu premii część popytu na nowe auta została "przesunięta" na 2009 r. i dlatego zostanie stracona w 2010 r. Ale od 2011 r. rynek samochodowy powinien znów działać normalnie, choć oczywiście wiele zależy od ogólnej sytuacji gospodarczej i tempa wychodzenia z kryzysu po 2010 r. - uważa dyr. Sigrid de Vries z brukselskiego Stowarzyszenia Europejskich Producentów Samochodów (ACEA). De Vries wskazuje też, że według badań marketingowych wielu kierowców korzystających z premii za grata po raz pierwszy kupiło dzięki temu nowy samochód, bo dotąd jeździli
autami z drugiej ręki. Innymi słowy, dzięki premiom poszerzyła się grupa nabywców nowych aut.
Premie zmniejszyły tylko skalę kryzysu w motoryzacji. Bo w trzech pierwszych kwartałach br. kierowcy w UE kupili o 6,6 proc. aut mniej niż przed rokiem. Gigantyczny wzrost sprzedaży nowych aut w Niemczech (o 21 proc. w stosunku do zeszłego roku) to wyjątek, ale też żaden inny rząd na świecie nie przeznaczył na premie aż 5 mld euro - ponad 20 mld zł.
Przy tym niemiecki fiskus odzyska znaczą część tej kwoty. Tak jest np. na Słowacji, gdzie
budżet wręcz zarobił na premiach za wraki. Rząd w Bratysławie przeznaczył na nie 55,4 mln euro (ponad 220 mln zł), a według słowackiego stowarzyszenia motoryzacyjnego ZAP wpływy z podatku VAT od nowych aut za premie były o 2,3 mln euro wyższe od dotacji. Po prostu kierowcy korzystający z premii płacili niższy VAT. Ale ponieważ sprzedaż nowych aut wzrosła, fiskus z nawiązką odbił sobie dotacje.
Czesi zrobili inaczej - od stycznia wprowadzili podatki, które zniechęcają do handlu starymi autami, a wiosną system podatkowy zachęcający firmy do zakupu ekologicznych samochodów. Efekt? Po trzech kwartałach sprzedaż nowych aut w Czechach wzrosła o 8 proc.
Także u nas w styczniu Ministerstwo Gospodarki proponowało zastąpienie akcyzy przez opłaty ekologiczne. Akcyza jest liczona od wartości auta, więc promuje
import pojazdów jak najtańszych, często zużytych lub po wypadkach. Opłata ekologiczna - o stawkach zależnych od ilości trucizn wypuszczanych z rury wydechowej - miała zachęcać do zakupu nowszych samochodów. Wiosną Ministerstwo Finansów odłożyło na półkę prace nad zmianą podatku.
Firma doradcza Samar niedawno wykazywała rządowi, że promowanie importu używanych aut się nie opłaca. Z powodu tego importu sprzedaż nowych aut w Polsce spada. Tego nie przewidywali eksperci słynnej amerykańskiej firmy doradczej JD Power. Kiedy wchodziliśmy do UE, prognozowali, że w 2008 r. Polacy kupią 0,5 mln nowych aut. W rzeczywistości kupili ich o 177 tys. mniej. A gdyby spełniły się prognozy JD Power i zablokowano by całkiem import używanych aut? Zarobki budżetu byłyby nawet o 371 mln zł wyższe.