Giulio Tremonti zdobywa czołówki włoskich gazet dzięki - jak mówią Włosi - "lewicowemu przewrotowi", którego dokonał jako szef resortu gospodarki w centroprawicowym rządzie Silvia Berlusconiego. - Niektórzy uważają, że mobilność na rynku
pracy jest wartością samą w sobie. Może powinno być tak w jakichś darwinistycznych wizjach społeczeństwa, gdzie niepewność pracy jest czymś normalnym. Ja się tym nie zgadzam - ogłosił przedwczoraj Tremonti podczas spotkania z włoskim biznesem w mediolańskiej siedzibie Banco Popolare.
Tremonti tłumaczy Włochom, że wyłącznie stała pełnoetatowa posada może być podstawą dla stabilnej rodziny, normalnego życia i dobrobytu społeczeństwa. Stoi to w wyraźnej sprzeczności z ubiegłorocznymi deklaracjami rządu Berlusconiego, który obiecywał uelastycznienie
rynku pracy, wprowadzenie ułatwień w zawieraniu krótkoterminowych umów lub kontraktów na
pracę w niepełnym wymiarze. To miało być lekarstwo na recesję, która zaczęła się we Włoszech już na rok przed światowym
kryzysem gospodarczym.
- Zwłaszcza u nas w Europie, w utrwalonych od dawna strukturach społecznych to się nie sprawdza. Przecież kryzys pokazał, że lepiej mieć stały etat lub emeryturę z INSP [włoski ZUS] niż zależeć od funduszy emerytalnych chwiejących się w ślad za indeksami z Wall Street - przekonuje Tremonti ku zdumieniu włoskiej centrolewicy, która do niedawna nie miała odwagi zgłaszać aż tak "rewizjonistycznych" haseł. Włoski rząd ocenia, że obecnie ok. 15 proc. pracujących Włochów nie ma stałych posad.
Minister Tremonti nie jest jedynym politykiem na Zachodzie, który wskutek kryzysu rzuca wyzwanie neoliberalnym prawdom o gospodarce i apeluje o budowę "odnowionego kapitalizmu", który przywróciłby światu porządek zagubiony - jak tłumaczył Włoch - podczas zbyt szybkiej globalizacji. Także francuski prezydent Nicolas Sarkozy wieszczył przed kilkoma miesiącami "koniec leseferyzmu", choć w jego wypadku skończyło się jednak wyłącznie na oratorskich popisach, a nie na zmianach w prawie pracy i gospodarczym.