Zdaniem KNF w okresie kredytowego boomu bankowcy zbyt łatwo pożyczali pieniądze i zamiast rzetelnie sprawdzać zdolność kredytową, woleli polegać na deklaracjach i oświadczeniach, w pogoni za zyskami byli gotowi kredytować nawet tych bardziej ryzykownych klientów. Teraz plują sobie w brodę. A przecież sami wyhodowali sobie rzeszę obciążonych nadmiernie kredytami klientów, którzy nie mieli wystarczających dochodów, a jedną pożyczkę spłacali, zaciągając kolejną. Mariusz Karpiński, były prezes GE Money Banku, szacuje, że ok. 100 tys. osób spłaca po co najmniej dziesięć kredytów, a łączna wartość ich zobowiązań przekracza 9 mld zł.
Komisja Nadzoru Finansowego zdecydowała, że przyszedł czas na ukrócenie kredytowego rozdawnictwa. W przygotowywanej rekomendacji "T" chce uregulować zasady badania
zdolności kredytowej. Kiedy wejdzie ona w życie w 2010 r., banki będą musiały dokładnie sprawdzać, ile faktycznie zarabiają potencjalni kredytobiorcy i ile rzeczywiście wydają na miesięczne utrzymanie (do tej pory w przypadku wydatków opierano się wyłącznie na deklaracjach pożyczkobiorców). Będą też musiały przyjrzeć się sytuacji rodzinnej klientów - ich statusowi społecznemu, sytuacji mieszkaniowej i na tej podstawie ocenić zdolność do spłacania rat. Co więcej, KNF chce, żeby suma rat kredytowych i innych wydatków finansowych nie przekraczała połowy miesięcznych dochodów kredytobiorcy.
Te postulaty wzbudzają zdecydowany sprzeciw banków. - Jeżeli te regulacje wejdą w życie, może wywołać to blokadę rynku kredytowego - alarmuje Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich. Ostrzega, że mniej zamożnym klientom będzie zdecydowanie trudniej pożyczyć w banku pieniądze, a sprzedaż kredytów gotówkowych czy ratalnych spadnie nawet o 80 proc. - Przypominam, że sprzedaż ratalna, poprzez finansowanie konsumpcji indywidualnej, przekłada się na wzrost popytu gospodarstw domowych i bezpośrednio wpływa na
wzrost gospodarczy - mówi szef ZBP. Podkreśla też, że mimo kryzysu klienci cały czas sumiennie spłacają zaciągnięte pożyczki: - Kredyty zagrożone stanowią zaledwie 4,7 proc. wszystkich udzielonych indywidualnym klientom. Spójrzmy na firmy - tam za złe można uznać już 10 proc. kredytów.
Komisja Nadzoru Finansowego ma na ten temat inne zdanie: - Dociera do nas wiele sygnałów od klientów, którzy wpadli w spiralę zadłużenia. Większość z nich podkreśla, że banki nie dość sumiennie badają zdolność kredytową i nie dostosowują ofert do możliwości spłaty zobowiązań - mówi Marta Chmielewska-Racławska, rzeczniczka pionu bankowego KNF. Jako przykład podaje emerytkę, której w ciągu dwóch lat banki i firmy pożyczkowe udzieliły w sumie 59 kredytów, a jej łączne zadłużenie przekroczyło 500 tys. zł. Jak do tego mogło dojść? Sprawdzały wiarygodność klientki w
Biurze Informacji Kredytowej, ale interesowało je tylko, czy terminowo spłaca raty. Żaden z banków nie zamówił raportu o jej całościowym zadłużeniu. - Powodem była oszczędność: zamiast płacić za dwa raporty, braliśmy tylko jeden. I zakładaliśmy, że skoro regularnie spłaca pożyczki, to jest wiarygodna - mówi nieoficjalnie pracownik jednego z banków.
Z badań KNF wynika, że od stycznia do sierpnia tego roku wartość zagrożonych kredytów gospodarstw domowych wzrosła o 44 proc., a najszybciej "psują się" pożyczki konsumpcyjne. Na apele bankowców Marta Chmielewska-Racławska odpowiada krótko: - W pełni rozumiemy działania lobbingowe banków przeciwko regulacji, która wiąże się dla nich z dodatkowymi kosztami. Jednak trzeba dołożyć starań, żeby dyskusja uwzględniała też koszty społeczne i gospodarcze związane z prowadzeniem działalności kredytowej.
Propozycje KNF są zbyt restrykcyjne