Dziś w Polsce jest prawie 2 mln małych firm. Niestety, ich rozwój często hamuje brak pieniędzy. Nie dostaną ich od banku, bo nie mają
zdolności kredytowej. Pomoc z urzędu pracy zazwyczaj jest niewystarczająca - kilkanaście tysięcy złotych często wystarcza tylko na rozkręcenie biznesu. Mało kto ma też wujka z teczką pełną gotówki, którą ten chciałby przekazać w dobre ręce.
Dlatego dwa lata temu "Gazeta" wspólnie z
Raiffeisen Bank Polska postanowili wspomóc tych, którzy odważą się otworzyć własny biznes. Ogłosiliśmy konkurs "Pomysł na firmę". Żeby zdobyć pieniądze wystarczyło mieć świetny pomysł i przełożyć go na dobry biznesplan. W ciągu dwóch edycji konkursu rozdaliśmy 500 tys. zł. O wygraną walczyło łącznie prawie trzy tysiące osób, nagrodziliśmy - dziewięć.
Zgłoszenia napływały zarówno z dużych miast, jak i z liczących po kilka domów wsi. Kilka osób przysłało swoje pomysły z... aresztu. W konkursie brali udział ci, którzy jeszcze nie zarejestrowali firmy, ale i ci, którzy już prowadzili własną działalność, a brakowało im pieniędzy na rozwój.
Wiele biznesplanów przysłali nam profesjonaliści. Te miały dużą objętość, z mnóstwem załączników, analiz, infografik ze szczegółową informacją o konkurencji, której nie powstydziłaby się nawet agencja wywiadu. Do niektórych dołączone były nawet analizy ekspertów.
Nie brakowało oryginalnych pomysłów. Przykłady? Onoterapia, w której do leczenia zamiast koni wykorzystywane byłyby osły, czy produkcja stylizowanych na zabytkowe młynków do kawy. Aż połowa pomysłów dotyczyła branży internetowej, m.in. komunikatorów, serwisów, porównywarek cenowych, e-sklepów itd. Sił we własnym biznesie chcieli spróbować w większości ludzie młodzi, absolwenci politechnik, uniwersytetów czy szkół pomaturalnych. Ponad połowa uczestników konkursu to były kobiety. Swoje biznesplany zgłaszały też panie po pięćdziesiątce, wychodząc z założenia, że chcą robić w życiu coś nowego, bo emerytura ich jeszcze nie interesuje.
Meble przyjazne dla dzieci W naszym konkursie zwyciężyła Agnieszka Kwiecińska z Warszawy, architekt, która postanowiła zarabiać na szyciu nietypowych mebli. Skąd taki pomysł? Jej córka bardzo nie lubiła swojego łóżeczka ze szczebelkami. Obijała się o nie, budziła. Pani Agnieszka nie znalazła na rynku nic, co by jej odpowiadało i mogło zastąpić standardowe łóżeczko. - I tak się zaczęło. Zadzwoniłam do swojej koleżanki i razem uszyłyśmy łóżko - mówi. Jej pierwszy mebel był materacem gąbkowym z bocznymi zabezpieczeniami, dzięki którym dziecko z niego nie wypada. Łóżeczko działa do dzisiaj.
Kwiecińskiej tak spodobało się projektowanie mebli, że postanowiła otworzyć własną firmę. Przygotowywała się do tego ponad dwa lata. Projektowała prototypy, szyła pierwsze meble. I wzięła udział w konkursie "Pomysł na firmę". Powstał porządny biznesplan. W planowaniu pomagali znajomi, bo - jak sama przyznaje - nie jest specjalistką od finansów.
Opłacało się, bo nie dość, że z biznesplanu korzysta do dziś, to jeszcze dostała 50 tysięcy zł na rozkręcenie firmy. Dzięki wygranej mogła kupić wysokiej jakości tkaniny na meble, zapłacić za badania i atesty. Dodatkowo przed rozpoczęciem sprzedaży musiała wyprodukować meble. Te wykonano w szwalni, ponieważ właścicielka firmy zajmuje się tylko projektowaniem i szyciem prototypów.
Pani Agnieszka pieniądze wygrane w konkursie zainwestowała też w stronę i sklep internetowy www.miuki.pl. Wystartowała dokładnie 1 czerwca tego roku.
Firma Miły Projekt sprzedaje meble przypominające trochę poduszki, trochę pufy. Wszystko wygodne, kolorowe, miękkie i przyjazne dzieciom. Można na nich czytać, wylegiwać się czy bawić. - Ale wszystko jest na tyle uniwersalne, że spełnia oczekiwania dziecka i rodzica - zaznacza.
Oprócz foteli czy pufów sprzedaje też worki na zabawki i drobiazgi, obrazy do pokoju dziecięcego.
- Nie martwię się, że nic nie wyjdzie z mojego pomysłu. Powolutku, ale wciąż, idę do przodu - cieszy się właścicielka Miłego Projektu i dodaje, że sprzedaje kilkanaście mebli miesięcznie. Nie ma pieniędzy na reklamę, więc informacja o firmie roznosi się drogą pantoflową. Klientów ma już z całej Polski. Teraz planuje wprowadzenie kolejnych serii mebli - tym razem stolików i krzesełek.
Judo i filozofia Również Kinga Dyląg ze Starego Wiśnicza w Małopolsce postawiła na dziecięcy biznes. Ponad rok temu, jeszcze przed startem w konkursie, otworzyła Centrum Rozwoju Dziecka w Nowym Wiśniczu.
Za 50 tys. wygranej w konkursie m.in. przygotowała sale dla dzieci. - Gdyby nie nagroda , nie zdołałbym pociągnąć tego biznesu. Na razie jeszcze muszę do niego trochę dokładać - mówi. W ośrodku są zajęcia z języka angielskiego, rysunku, malarstwa, judo, tańca, a od niedawna także filozofia dla dzieci. - Program jest bogaty, ale mam już kolejne pomysły i planuję, jak je wprowadzić w życie - mówi pani Kinga.
Zajęcia prowadzą profesjonalni instruktorzy. Grupy liczą do 15 osób. Często jedno dziecko chodzi na trzy-cztery zajęcia.
Dyląg ma 50 podopiecznych. Są wśród nich też dzieci z Bochni, czyli większej miejscowości od tej, w której jest ośrodek. - To taki mój mały sukces. Nawet nie próbowałam uderzać na ten rynek, bo wydawał mi się nieosiągalny - mówi.