Unijni ministrowie środowiska przyjęli wczoraj w Luksemburgu treść stanowiska negocjacyjnego, z jakim UE pojedzie do Kopenhagi. Na szczycie sto kilkadziesiąt państwa ma uzgodnić międzynarodowe porozumienie o redukcji emisji CO2, które zastąpiłoby wygasający protokół z Kioto.
Mimo apeli organizacji ekologicznych przyjęte w środę stanowisko będzie mało ambitne. UE deklaruje, że ograniczy swoje emisje CO2 aż o 30 proc. do 2020 r. (w porównaniu z 1990 r.) tylko wtedy, gdy na podobne redukcje zdecydują się inne rozwinięte państwa świata (np.
USA,
Rosja,
Japonia). Unia godzi się na wprowadzenie ograniczeń emisji w sektorze transportu morskiego i lotniczego, ale w stanowisku nie ma ani słowa o konkretnych sumach, które UE byłaby gotowa dać państwom biedniejszym, by pomóc im redukować emisje dwutlenku węgla i zatrzymać wyręby lasów tropikalnych.
Polska (wraz z Bułgarią, Estonią, Węgrami, Litwą, Łotwą, Rumunią i ze Słowacją) zażądała w środę dopisania dodatkowego punktu do stanowiska unijnego: chcemy, by na szczycie w Kopenhadze cała UE walczyła o przedłużenie ONZ-owskiego systemu handlu zezwoleniami na emisję (nazywanymi AAU's). Polska ma nadwyżkę tych zezwoleń i chce ją sprzedać. Jednak ponieważ możemy nie zdążyć przed 2011 r. (gdy protokół z Kioto wygasa), chcemy przedłużenia.
Nasze żądanie nie spodobało się kilku krajom Unii, które nadwyżek AAU's nie mają. I to niemal doprowadziło do fiaska środowego spotkania ministrów - w powietrzu zawisła groźba zbiorowego, środkowoeuropejskiego weta. Stojąc przed perspektywą klęski, przewodzący obradom Szwedzi zgodzili się, żeby AAU's były wpisane do unijnego stanowiska na Kopenhagę.
Pozarządowe organizacje ekologiczne krytykują ustępstwa wobec Polski i pozostałych krajów regionu. Ale jeszcze bardziej krytykują samo stanowisko negocjacyjne. Zdaniem m.in. Greenpeace i Friends of Earth propozycje UE są zbyt słabe, by zagwarantować powodzenie szczytu w Kopenhadze. Kraje biedniejsze, widząc, jak małe redukcje (i pieniądze) Unia deklaruje, traktatu nie podpiszą.