Po co Sfinksowi przejęcie Da Grasso? Chcecie pobić Mc Donald's? Da Grasso pasuje do naszej grupy pod wieloma względami. Działa w tym samym segmencie co Sfinks
Polska, przejęcie tej sieci będzie więc oznaczać rozszerzenie naszego portfela o kolejną silną i dobrze rozpoznawalną markę. Dzięki przejęciu skokowo powiększymy też nasz potencjał, stając się największą firmą gastronomiczną w Polsce pod względem liczby zarządzanych lokali. Dotychczas mieliśmy ich 112, z Da Grasso będziemy ich mieli ok. 300. Dzięki przejęciu zwiększamy także zasięg naszej działalności o miasta, w których do tej pory nas nie było - Sphinx i Wook są obecne głównie w dużych i średnich miastach, Da Grasso także w mniejszych. Teraz mamy w portfolio trzy najpopularniejsze kuchnie świata: arabską, chińską i włoską.
Sfinks niedawno był na krawędzi bankructwa, dzisiaj zamiast spłacać kredyty, inwestuje. Czy to aby nie za szybko? Moim zdaniem sytuacja w Sfinksie jest już na tyle wyklarowana, że dysponując środkami z emisji akcji, jaką zamierzamy przeprowadzić jeszcze w tym roku, zarząd mógł sobie pozwolić na taki ruch. Na pomysł przejęcia Da Grasso wpadł mój wspólnik Tomasz Morawski. Rozmowy w tej sprawie trwały od września tego roku. Jeśli ktoś uważa, że to zły moment na przejęcie, niech nie kupuje naszych akcji.
Czy franczyzobiorcy powinni obawiać się nowych porządków? W odróżnieniu od sytuacji w Sfinksie sprzed kilku miesięcy przejęliśmy bardzo dobrze zorganizowaną sieć franczyzową. Kierować będzie nią dotychczasowa prezes, która z powodzeniem radziła sobie do tej pory. Dobrze oceniamy umowy franczyzowe w Da Grasso, które odpowiadają standardom tego modelu biznesowego. Tu zarabia zarówno sieć, jak i franczyzobiorca, i nie zamierzam tego zmieniać. Poza tym Da Grasso będzie przynajmniej przez najbliższe lata osobną spółką.
Jak ta transakcja wpłynie na roczne wyniki finansowe Sfinksa? Przełożenie naszych działań na wyniki finansowe spółki będzie widać dopiero po I kw. 2010 r. Na razie wykazujemy wciąż straty, które są wynikiem
pracy poprzednich zarządów. Szacujemy, że roczny obrót przejętej sieci jest zbliżony do obrotu Sfinksa. W sumie mogą się one zbliżyć się do 400 mln zł. Jeszcze za wcześnie, by oceniać, jaki procent z tej kwoty przypadnie na zyski.
Wiadomo już, jak potoczą się dalsze losy restauracji pod szyldem Sphinx? Póki nie mamy jeszcze nowej strategii spółki, nie mogę mówić o dalszych planach jej rozwoju. Dokument ze szczegółowym planem działania sieci na najbliższe lata powinien być gotowy do końca roku. Wciąż jeszcze obserwujemy te
restauracje, które działają poza granicami naszego kraju. Ich los nadal nie jest przesądzony. Za to do końca miesiąca powinniśmy zdecydować, jaka będzie dalsza przyszłość Chłopskiego Jadła.
Jak to możliwe, że prawie bankrutującą spółkę udało się postawić na nogi zaledwie w kilka miesięcy? Kiedy wszedłem do spółki Sfinks po przejęciu zarządzania od AmRestu, brakowało wielu elementów składających się na sprawny system zarządzania. Przez te kilka miesięcy zbudowaliśmy całą administrację od podstaw. Trzeba było zrewidować umowy z franczyzobiorcami. Nie można było dłużej tolerować tego, że spółka dopłaca do nierentownych restauracji. Wcześniej całe ryzyko gospodarcze spoczywało na franczyzodawcy. Teraz obowiązki i odpowiedzialność zostały podzielone.
To nie spodobało się grupie franczyzobiorców... Grupa franczyzobiorców postanowiła przez nacisk medialny wymusić na spółce wycofanie się planowanych zmian. Na mnie takie naciski nie działają, jak również to, że zrezygnowali z prowadzenia lokali. Natychmiast przejęliśmy je i znaleźliśmy nowy personel. I wtedy te same, nierentowne kiedyś restauracje z dnia na dzień zaczęły przynosić zyski. Zastanawiające, dlaczego tak zależało tym osobom na utrzymaniu starych zasad, skoro biznes przynosił im ponoć tak wielkie straty. Chciałbym przy okazji zwrócić uwagę, że Sfinks to spółka giełdowa, a tego typu zachowanie może uchodzić za próbę manipulowania kursem akcji. Franczyzobiorcy zapomnieli chyba, że każdy kij ma dwa końce.
Co z dalszą akwizycją sieci? To zadanie wiceprezesa Morawskiego. Niezależnie od tego zakładamy dalszy rozwój obecnie zarządzanych przez nas sieci. Mimo że na razie nie podejmujemy specjalnych działań, żeby przyciągać do nas przedsiębiorców i że zmieniły się zasady franczyzy, bo w Sphinxie teraz to franczyzobiorca płaci za urządzenie i wyposażenie restauracji, to chętnych nie brakuje. W tej chwili negocjujemy z blisko dziesięcioma osobami.
Czy w Polsce powstaną "restauracje dla kibiców"? Na razie sprawdzam, jak na naszym rynku przyjmie się taki pomysł. Przed moim wejściem do Sfinksa spółka zależna od Orsnet zainwestowała w jeden lokal w Grudziądzu - mieście, gdzie ludzie jeszcze nie przyzwyczaili się do jedzenia poza domem. Ale jeśli tam ten pomysł się sprawdzi, to nie widzę przeszkód, żeby rozszerzyć go na całą Polskę. Daliśmy sobie rok od otwarcia, czyli od maja tego roku, na przetestowanie pomysłu. Potem przyjdzie czas na decyzje, co dalej.
A może sprawdzi się też pomysł na centrum handlowe dla fanów sportu? Jest już pewne, że stadion łódzkiego Widzewa, który chcę zbudować, poza częścią sportową będzie miał też część komercyjną. Decyzja, czy będzie to powierzchnia handlowa, biurowa czy usługowo-rekreacyjna, zapadnie najwcześniej wiosną. A minie kolejny rok, zanim na budowie pojawi się pierwsza koparka. Dlatego zanim otworzymy ten obiekt, miną pewnie cztery lata.