Biznes Ludzie Pieniądze

Ameryka zielenieje od dołu. Czas na ekologię

Konrad Niklewicz, San Francisco
25.10.2009 , aktualizacja: 26.10.2009 13:27
A A A Drukuj
Jadąc zatłoczoną drogą nr 101 z San Francisco do Menlo Park, w stadzie dwutonowych SUV-ów i pikapów, nie sposób uwierzyć w to, że Amerykanie - po latach lekceważenia - nagle zaczęli się przejmować się dwutlenkiem węgla, który emitują do atmosfery.
Tesla Roadster - sportowy samochód nieemitujący dwutlenku węgla. Kosztuje 109 tys. dolarów.
Fot. REGI VARGHESE REUTERS
Tesla Roadster - sportowy samochód nieemitujący dwutlenku węgla. Kosztuje 109 tys. dolarów.
I łatwo zrozumieć, dlaczego amerykański Senat ma tak duże problemy z przyjęciem ustawy wymuszającej radykalne ograniczenie emisji gazów cieplarnianych. Stereotyp Ameryki - jej upodobania do monstrualnych samochodów, pożerającej energię klimatyzacji, źle ocieplonych domów itd. - zdaje się wyjątkowo bliski prawdzie.

A jednak pod skórą amerykańskiej gospodarki, w cieniu batalii w Kongresie o ustawę Waxman-Markey, Ameryka zaczyna zielenieć. To, czego dziś nie umieją zrobić władze federalne - robią samorządy. Do ekologicznej ofensywy włączają się też kolejne firmy. Także te największe.

- Bo to się po prostu opłaca! - tłumaczy "Gazecie" Gary J. Saulson, dyrektor ds. zarządzania nieruchomościami w banku PNC, ósmym co do wielkości banku detalicznym w USA. Istniejąca od 1852 r. instytucja, od zawsze związana z przemysłowym Pittsburghiem, przez ostatnie kilka lat zbudowała już trzy biurowce i 66 oddziałów bankowych ze specjalnym certyfikatem ekologicznym LEED oznaczającym m.in., że eksploatacja budynku wymaga mniej energii. Żeby ten certyfikat uzyskać, PNC musiał sięgać po nietypowe pomysły. - W nowym budynku przetwarzania danych nie zbudowaliśmy parkingu dla pracowników. Ale braliśmy udział w budowie nowej stacji kolejki podziemnej tuż obok - mówi Saulson. I przyznaje, że owszem, budowa oszczędnych budynków może być bardziej kosztowna, ale w dłuższej perspektywie PNC na ekobudynkach nie straci. Koszty zrekompensują niższe rachunki za prąd i wodę: nowe oddziały banku zużywają średnio o 34 proc. energii elektrycznej i o 29 proc. wody mniej niż stare. - Nie budujemy nic, co by nie było w stanie na siebie zarobić - mówi Saulson. A środowisko? Dzięki oszczędnościom we wszystkich nowych budynkach PNC do atmosfery trafia o 36,4 tys. ton CO2 mniej rocznie. To tyle, ile emituje 6 tys. amerykańskich samochodów.

Czystsze sumienie za 100 tys. dolarów?

Według danych federalnej Agencji Ochrony Środowiska grubo ponad 30 proc. wszystkich gazów cieplarnianych emitowanych w USA pochodzi z rur wydechowych aut. Tylko jak skłonić Amerykanów do porzucenia monstrualnych, wielocylindrowych mustangów, fordów F-150 czy innych potworów w rodzaju chevroleta corvette? Kalifornijska spółka Tesla Motor Inc. ma już pomysł, jak to zrobić - od 2004 r. produkuje jedyny na świecie, sportowy samochód nieemitujący ani grama CO2. Tesla Roadster - bo o nim mowa - jest tylko na prąd. Wykonany z kompozytów, z wnętrzem obitym najdroższą skórą, przyspiesza jak Porsche, ma zasięg prawie 400 km, a ładować go można z dowolnego gniazdka. Ma jedną wadę: kosztuje aż 109 tys. dolarów. Jednak są chętni. - Sprzedaliśmy prawie 800 egzemplarzy, z czego 700 w samych USA. Na samochód trzeba czekać trzy-cztery miesiące, bo produkujemy tylko 20-25 tygodniowo - mówi Rachel Konrad, rzeczniczka Tesli Motor. I nie zapomina dodać, że największy salon sprzedaży Tesli pod San Francisco mieści się... w lokalu przejętym od zbankrutowanego dilera koncernu General Motors.

Sukces roadstera Tesli - modnego wśród kalifornijskiej elity - skłonił spółkę do ryzyka. W 2011 r. firma (kontrolowana przez prywatnych inwestorów i w 9 proc. przez niemiecki koncern Daimler Benz) chce zacząć produkcję większego, rodzinnego auta - też tylko na prąd. Tesla "S" (tak nazywa się prototyp) ma przewozić pięć osób na odległość ok. 600 km. Produkowany w liczbie 20 tys. sztuk rocznie ma kosztować jedynie 49 tys. dolarów.

To wciąż poza zasięgiem przeciętnych Amerykanów. Masowy rynek od kilku lat podbijają więc tańsze samochody zbudowane w technologii hybrydowej, łączącej silnik spalinowy z małym motorem elektrycznym. Toyoty prius, fordy fusion już sprzedają się w USA w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy. - Dwa do trzech procent sprzedawanych dziś samochodów to hybrydy. Co setny samochód jeżdżący po amerykańskich drogach to hybryda. Potrzebowaliśmy dziesięciu lat, żeby dojść do takiego wyniku - oblicza Felix Kramer z CalCars, pozarządowej organizacji promującej ekosamochody. - Ale to za mało, jeśli naprawdę zależy nam na redukcji emisji.

Kosztowne przyzwyczajenia

Kłopot w tym, że prawdziwą ekorewolucję mogą blokować amerykańskie przyzwyczajenia. Sporo wiedzą o tym przedstawiciele Pacific Gas & Electric Co., głównego dostawcy prądu w Kalifornii, jednej z największych spółek energetycznych w USA (6 mln klientów - firm i gospodarstw domowych).

Od ponad 20 lat PG&E wdraża na swoim rynku programy oszczędnościowe mające zachęcić klientów do oszczędzania prądu. Ma spore sukcesy na koncie - dziś przeciętny Kalifornijczyk PG&E zużywa niespełna 8 tys. kWh, podczas gdy średnia dla Ameryki to 12 tys. kWh (dla porównania - średnia dla Europy to 6 tys. kWh). Koncern zdołał nawet namówić 164 tys. swoich klientów do tego, żeby w czasie największego zapotrzebowania na prąd, np. w gorące letnie popołudnie, dobrowolnie wyłączali klimatyzację, maszyny domowe itp. A w ciągu kolejnych 10 lat PG&E wyda 950 mln dolarów na wsparcie dla tych klientów, którzy będą zamontowywać u siebie w domu produkujące prąd panele słoneczne (w kalifornijskim słońcu wyjątkowo wydajne).

Ale pewnych amerykańskich przyzwyczajeń nawet spece z PG&E nie są w stanie przeskoczyć. - Nie możemy np. przekonać naszych klientów, żeby zgodzili się na całkowite wyłączanie telewizorów i sprzętu audio-wideo, a nie na pozostawienia ich w trybie czuwania (stand by) - przyznaje Randall Wong, jeden z inżynierów PG&E odpowiedzialnych za systemy oszczędzania prądu. - Nie przekonuje ich nawet argument, że w ten sposób bez sensu tracą pieniądze - mówi. Stand by zżera średnio 10 proc. energii dostarczanej do gospodarstwa domowych. - Nie sądzę, żeby udało się nam jeszcze bardziej ograniczyć zużycie prądu przez naszych klientów, zejść np. poniżej 7 tys. kWh. Już samo utrzymanie zużycia na obecnym poziomie będzie sukcesem - konkluduje Wong.

Zresztą Amerykanie znaleźli sposób, żeby uspokoić swoje sumienie i wynagrodzić środowisku emisje CO2, nie rezygnując z wygodnego trybu życia. Od prawie pięciu lat w Kalifornii działa spółka TerraPass, która dostaje pieniądze od klientów za to, że zabiera z atmosfery dwutlenek węgla, który oni wyemitowali. Choćby podróżując samochodem i samolotem.

Na swojej stronie internetowej TerraPass pozwala łatwo policzyć, ile CO2 poszło do atmosfery w trakcie np. podróży jednej osoby z Waszyngtonu do Los Angeles. Kilka kliknięć dalej "winowajca" może zapłacić spółce taką kwotę, którą TerraPass wykorzysta, by sfinansować działanie farmy wiatrowej albo instalacji odzysku metanu na wielkiej farmie. Opłata jest tak skalkulowana, by uwolnić atmosferę od tylu kilogramów CO2, ile zostało wyemitowanych w podróży.

Przedstawiciele TerraPass zapewniają, że wszystkie dofinansowywane przez nich ekoprojekty są weryfikowane przez niezależnych audytorów, tak by klient miał pewność, że wydane przez niego dolary na pewno ściągają CO2. - Każdego roku mamy dziesiątki tysięcy klientów. Ich wpłaty wystarczają na sfinansowanie redukcji emisji CO2 o 2 mln ton rocznie. Widocznie w Stanach Zjednoczonych jest grupa ludzi, którzy chcą płacić za swój dwutlenek węgla - mówi "Gazecie" Erin Craig, szefowa TerraPass.

Gdzie rząd nie może... jest samorząd

Na szczęście szanse Ameryki, by stać się bardziej przyjazną środowisku potęgą gospodarczą, zwiększa polityka prowadzona przez samorządów. O ile rząd federalny USA od miesięcy biedzi się, by przepchnąć przez Kongres ustawę ograniczającą emisje, o tyle władze stanowe takich kłopotów nie mają. Już ponad połowa przyjęła zobowiązania i zmiany w prawie stanowym prowadzące do obniżenia emisji, zwiększenia udziału odnawialnych źródeł energii itp.

Przykładowo Pensylwania narzuciła miejscowym dystrybutorom energii obowiązek kupna energii z odnawialnych źródeł (3-5 proc. teraz, 18 proc. w 2020 r.). - Jeśli się z tego nie wywiążą, zapłacą olbrzymie kary - mówi Matthew Mehalik z miejscowej organizacji zrzeszającej przedsiębiorców.

Samorząd Pensylwanii ma też w ręku listę 38 innych zmian, które po wprowadzeniu do 2025 r. zmniejszą emisję CO2 w tym stanie aż o 25 proc. w porównaniu do stanu z 2000 r.

W ślady Pensylwanii poszły Maryland, New Jersey, Kansas, Nowy Meksyk, Ohio, Illinois i wiele innych. Kalifornia była najbardziej radykalna: poziom 20 proc. odnawialnych źródeł energii w ogólnym bilansie chce osiągnąć już w przyszłym roku. W ostatnią niedzielę gubernator Arnold Schwarzenegger podpisał kolejne ustawy stanowe mające to zagwarantować.

Odważne, ekologiczne pomysły są podejmowane nawet na najniższym szczeblu samorządowym: przykładowo władze hrabstwa Allegheny (płd.-zach. część Pensylwanii) wprowadziły zakaz postoju autobusów na jałowym biegu. Dla Europejczyków niby rzecz oczywista, ale w Stanach, kraju obłędnie marnotrawiącym paliwa, to odważne posunięcie. - To władze samorządowe mają teraz w USA przywództwo, jeśli chodzi o reagowanie na zmiany klimatyczne. Bo one widzą potrzebę - konkluduje Davitt Woodwell, wiceszef pensylwańskiej rady ds. środowiska.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów