Biznes Ludzie Pieniądze

Skrzynia akcji za 3 tys. zł. "Nie udaję, że to po dziadku"

rozmawiała Krystyna Naszkowska
26.10.2009 , aktualizacja: 26.10.2009 13:39
A A A Drukuj
Mam dziś setki papierów wartościowych. Nie zamierzam udawać, że to po dziadku. Kupiłem je w ostatnich latach, dlaczego więc państwo miałoby mi za nie zapłacić. Dziś moim zdaniem można pokryć roszczenia tylko tych osób, które udowodnią, że są spadkobiercami byłych właścicieli - mówi Leszek Koziorowski
Obligacje przedwojenne
Obligacje przedwojenne
Krystyna Naszkowska: Po co zbiera się stare akcje czy obligacje? Wicepremier Waldemar Pawlak już kilkakrotnie wspomniał, że niektórzy robią to, by ograbić skarb państwa. Skupują papiery od ich przedwojennych posiadaczy lub ich spadkobierców, by wystąpić z roszczeniami w swoim imieniu wobec skarbu państwa.

Leszek Koziorowski*: I ma rację, tak się dzieje. Z kolekcjonerstwem nie ma to nic wspólnego. Na początku lat 90. posiadacze przedwojennych papierów masowo zgłaszali się do skarbu państwa z pytaniem, kiedy i za ile ich obligacje i akcje zostaną wykupione. Sądzili, że nowe państwo polskie po 1989 r. będzie honorowało swoje przedwojenne zobowiązania. I na to się nawet zanosiło. Bank Gospodarstwa Krajowego, który przed wojną wypuszczał obligacje, utworzył specjalną listę posiadaczy tych papierów. Ale potem kolejne rządy nic w tej sprawie nie robiły, ustawy o rekompensatach były odsuwane, więc ludzie tracili nadzieję na uzyskanie odszkodowania i odsprzedawali papiery za grosze.

Ja wtedy kupiłem dużo różnych papierów.

Za ile wtedy się kupowało obligacje skarbu państwa?

- Na przykład za 3 zł kupiłem obligację z roku 1931 o wartości 5 dol. Ona miała być wykupiona z odsetkami przez skarb państwa w 1941 r., po 10 latach, ale wtedy już była wojna i nikt nie zamierzał jej skupować. A tym bardziej nie zamierzał robić tego rząd powojenny. Więc te akcje na początku lat 90. chodziły po 3 zł, teraz - ponieważ zrobił się ruch na rynku kolekcjonerskim - ich wartość rynkowa wzrosła do 10-15 zł za sztukę.

Ludzie przestali wierzyć, że skarb państwa cokolwiek wypłaci?

- Przestali. W wielu wypadkach zresztą to wypłacanie byłoby nieuzasadnione. Najbardziej spektakularnym tego przykładem jest spółka Giesche. To była największa polska przedwojenna spółka akcyjna o kapitale 172 mln zł. To były wtedy niewyobrażalne pieniądze, bo przed wojną za 20 tys. zł można było kamienicę kupić w Warszawie.

Giesche wyemitował 172 akcje, każda o wartości 1 mln zł.

Mówimy o wielkim niemieckim koncernie górniczo-hutniczym założonym na początku XVIII wieku przez Georga von Giesche, który od Leopolda I Habsburga otrzymał monopol na wydobywanie na Śląsku galmanu.

- Tak. Do spółki należało pół Katowic, mieli huty, kopalnie, walcownie, elektrownie, bocznice kolejowe, fabryki, majątki ziemskie. Wybudowali nawet w Katowicach całą dzielnicę domów dla swoich robotników z terenami zielonymi - tzw. Giszowiec.

"Gieschwald to wiejski skansen dla robotników wielkoprzemysłowych. To miejsce jednocześnie zdrowe, wygodne, dobrze usposabiające do życia i pracy. Czegoś takiego jeszcze nie było ani na Śląsku, ani w Europie" - tak opisuje Giszowiec Małgorzata Szejnert w książce "Czarny ogród".

- Tak, to było na tamte czasy dość luksusowe osiedle. Do dziś to, co przetrwało, jest pod opieką konserwatora zabytków. Po powstaniach śląskich, kiedy część Śląska przypadła Polsce, okazało się, że prawie 80 proc. zakładów koncernu znalazło się na terenach Polski. Po stronie niemieckiej została siedziba koncernu we Wrocławiu. Koncern podzielił się wtedy na część niemiecką i polską. I właśnie polska część, Giesche SA, wyemitowała te 172 akcje. Zostały one zarejestrowane, wiadomo było, kto je posiada.

W okresie międzywojennym spółka miała kłopoty finansowe i szukała inwestora. Znalazła go w amerykańskiej grupie Harrimana, która za 4 mln dol. przejęła 100 proc. akcji Giesche. Powstało wtedy Towarzystwo Holdingowe Silesian American Corporation z siedzibą w Wilmington w USA. Amerykanie zobowiązali się wobec rządu polskiego do zainwestowania w kopalnie 10 mln dol. w ciągu pięciu lat w zamian za ulgi podatkowe.

Po II wojnie spółka została znacjonalizowana w 1947 roku i przez lata nic się nie działo. Ale w lipcu 1960 roku została podpisana umowa między rządem PRL a USA o odszkodowaniach dla obywateli amerykańskich za ich majątki znacjonalizowane po wojnie.

To była umowa między rządami, a nie poszczególnymi obywatelami.

- Tak jest. Zgodnie z nią państwo polskie zobowiązało się wypłacić rządowi amerykańskiemu 40 mln dol., a rząd amerykański od tej pory brał na siebie roszczenia amerykańskich obywateli.

Z tych 40 mln aż 30 mln dol. rząd USA wypłacił udziałowcom Gieschego. I oddał rządowi polskiemu pakiet 172 akcji spółki.

Skąd wiadomo, że te akcje wróciły do Polski? W umowie nie ma na ten temat ani słowa.

- Bo je widziałem, cały pakiet 172 sztuk. Mogłem je wszystkie kupić na początku lat 90. Ale kupiłem jedną, bo po co mi więcej.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    49 głosów