Rzecznicy obydwu banków odmówili komentarzy. Sprawa premii budzi poważne kontrowersje, bo zarówno Citigroup, jak i
Bank of America na przełomie 2008 i 2009 r. utrzymały płynność tylko dzięki pomocy finansowej od amerykańskich podatników. W sumie w ramach programu TARP (Troubled Assets Relief Programme) dostały 90 mld dol. Pomimo to Citigroup wypłacił 21 osobom 390,2 mln dol. - czyli średnio po 18,6 mln dol. Bank of America wypłacił 13 czołowym dyrektorom 227,8 mln dol., czyli 17,5 mln dol. na osobę. Dodatkowo szefowie BoA zgodzili się też na to, żeby premie otrzymali szefowie banku inwestycyjnego Merrill Lynch, których przed bankructwem uratowała fuzja z Bank of America. Amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) prowadzi śledztwo w tej sprawie, twierdząc, że dyrektorzy BoA ukryli tę informację nawet przed swoimi akcjonariuszami.
Ani Bank of America, ani Citigroup nie oddały jeszcze pożyczonych w ubiegłym roku pieniędzy.
Temat bankowych premii budzi coraz większą wściekłość wśród zwykłych Amerykanów. Dwa tygodnie temu "NY Daily" dowiedział się, że bank inwestycyjny
Goldman Sachs zamierza wypłacić swoim pracownikom największe w historii premie. W sumie zamierza na to przeznaczyć 23 mld dol., co oznacza, że na statystycznego pracownika przypadnie 170 tys. dol. Goldman Sachs również korzystał z publicznej pomocy, którą spłacił w pierwszej połowie tego roku.