Biznes Ludzie Pieniądze

Internetowe spięcie w unijnych funduszach

Tomasz Grynkiewicz
26.10.2009 , aktualizacja: 27.10.2009 09:42
A A A Drukuj
390 mln euro na psucie rynku i nakręcanie inflacji? Kolejki jak za PRL-u to tylko jedno oblicze unijnych dotacji dla raczkujących e-biznesów
Warszawa, 26 października. Kolejka chętnych do złożenia wniosków o unijne dotacje
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Warszawa, 26 października. Kolejka chętnych do złożenia wniosków o unijne dotacje


- Elizabeth Taylor o swoim honorarium w "Kleopatrze" mówiła tak: "Jeśli ktoś jest aż tak głupi, aby zaproponować mi milion dolarów za rolę, ja nie jestem tak głupia, żeby się na to nie zgodzić". Polscy przedsiębiorcy o dotacjach unijnych myślą podobnie - śmieje się właściciel jednego ze znanych polskich serwisów internetowych. Anonimowo, bo jak przyznaje, powiązane z nim spółki startują w konkursie.

Nakręcanie inflacji

Chodzi o dofinansowanie usług w internecie z unijnego Działania 8.1 programu operacyjnego "Innowacyjna gospodarka". O dotację na e-biznes mogą się ubiegać mali przedsiębiorcy, którzy prowadzą działalność nie dłużej niż rok. Można dostać do miliona złotych na dwa lata działalności - na wynagrodzenia dla pracowników, wynajem biura czy sprzęt, np. serwery potrzebne do świadczenia usługi w sieci (Bruksela zapewnia do 85 proc. finansowania w ramach zwrotu wydatków).

W całym budżecie programu w latach 2007-13 jest do wzięcia ok. 390 mln euro. Dziś ruszył kolejny nabór - w puli są 135 mln zł. Zainteresowanie - ogromne. Ale i nie mniejsze kontrowersje.

- Istnieje duże ryzyko, że część projektów wnioskodawcy zgłaszają wyłącznie po to, by wyciągnąć pieniądze z Unii. I zawyżają w nich koszty, manipulując np. wysokością wynagrodzeń dla pracowników. Znajomi twierdzą, że projekt mogliby zrobić za 100 tys. zł, ale idą po 800 tys. zł - mówi "Gazecie" osoba z jednej z firm pomagających przy dotacjach.

- Skala dofinansowania w tym programie jest bardzo wysoka i opłaca się po nie sięgnąć - mówi Ryszard Petru, główny ekonomista BRE Banku. - Sama idea nie jest zła, pytanie, czy środki są efektywnie wydawane. Jak przyznaje, od kilku osób słyszał, że ludzie biorą dotacje, by potem odsprzedać firmy z zyskiem. - Jest tu pewna nierównowaga: ten, kto dostanie pomoc publiczną, będzie mógł sprzedać swój biznes taniej niż bliźniaczy nawet projekt robiony za własne pieniądze. A i tak więcej zarobi - mówi ekonomista.

PARP zapewnia, że każde przejęcie, sprzedaż czy przekształcenie spółki z dotacją weźmie pod lupę. I będzie kontrolował, czy projekty są realizowane zgodnie z planem. Każdy, kto weźmie dotację, musi przetrwać na rynku jeszcze przez trzy lata, odkąd pieniądze z Unii przestaną płynąć. Jeśli mu się nie uda lub nie spełni wpisanych do wniosku założeń (np. liczby użytkowników czy określonych przychodów), musi się liczyć z tym, że Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości każe dotacje zwrócić. A to dla młodej firmy może oznaczać błyskawiczną plajtę.

W kontrole nie wszyscy jednak wierzą. - W przypadku spółek internetowych, które nic nie produkują, trudno będzie komuś zarzucić, że nic nie robi. A poza ewidentnymi przypadkami nikomu nie będzie zależało, by dotacje odbierać. Choćby z polityki: rząd musi się pochwalić, że dobrze rozdziela środki - mówi ekspert od funduszy unijnych proszący o anonimowość.

Na tym wątpliwości się nie kończą.

- Z jednej strony pieniądze zostaną wpompowane w gospodarkę, bo ktoś kupi sprzęt do firmy, wyda pieniądze na reklamę. Ale jeśli dofinansowanie pójdzie na projekty o rozbuchanych kosztach, mało innowacyjne lub takie, które po prostu przezimują okres wymagany przez PARP, to będziemy mieli do czynienia z nakręcaniem inflacji - uważa Paweł Tynel, szef działu ulg i dotacji inwestycyjnych w firmie doradczej Ernst & Young.

Innowacyjność w cudzysłowie

„Cieszę się, że komuś się udało pozyskać wsparcie, nie cieszy mnie natomiast, że tak dużo projektów typu » serwis, portal «je pozyskało. Wolałbym, by można było przeznaczyć dwa razy większe kwoty na projekty, które na nie zasługują i są prawdziwymi biznesami” - pisze w blogu Antyweb.pl Grzegorz Marczak, który w sieci rozpętał debatę o wnioskach. Zdaniem wielu komentatorów projekty są, przynajmniej na pierwszy rzut oka, mocno przeciętne - od portali dla żeglarzy, dzieci, nowożeńców, serwisu dla mieszkańców Łodzi po porównywarkę np. noclegów turystycznych. - Niektóre z tych projektów nie mają większych szans na powodzenie. Jaki sens w przyznawaniu pieniędzy na kolejną porównywarkę czy portal ślubny? - pytają internauci. I zauważają, że jest to nie fair wobec tych przedsiębiorców, którzy próbują przetrwać na rynku, nie sięgając po środki publiczne.

- Od zawsze istnieją zwolennicy interwencji państwa i zupełni przeciwnicy. Każda pomoc publiczna ma wpływ na rynek. Jednak interwencja państwa jest zwykle wykorzystywana, aby inspirować rozwój pewnej gałęzi gospodarki, która ma duży potencjał rozwoju. I tak jest w przypadku gospodarki elektronicznej i rozwoju e-usług - odpiera zarzuty Monika Karwat-Bury, rzeczniczka PARP.

Programu bronią też przedsiębiorcy.

- Zamiast dotacji wolałbym obniżenie kosztów pracy czy innych podatków - mówi Wojciech Kuroczycki, prezes spółki one99, która dostała dofinansowanie w ramach funduszy na e-usługi. - Ale wchodząc do Unii, w pakiecie z zasadą swobodnego przepływu towarów, usług, ludzi i kapitału dostaliśmy biurokrację i socjalizm. Skoro nie możemy tego zmienić, firmy są zmuszone nauczyć się w tych warunkach funkcjonować. Jeśli jest szansa na dofinansowanie biznesu, to grzech nie skorzystać - mówi.

Jego zdaniem trudno tu mówić o psuciu rynku. - Nie ma przeszkód, by ktoś, kto na rynku już działa, założył nową spółkę i ubiegał się o dotację na nowy projekt.

A zarzuty matactwa? "Otrzymaliśmy dotacje z Działania 8.2. Szczegółów zdradzać nie będę, ale ani na wakacje z tego dofinansowania nie pojadę, ani domu nie wybuduję. Będzie kilkanaście miesięcy ciężkiej pracy, aby stworzyć sensowny system i zmieścić się w budżecie!" - irytuje się w blogu Łukasz Plutecki, szef agencji interaktywnej NetArch.

Kuroczycki dodaje, że nawet jeśli spora część projektów okaże się niewypałem, to i tak nie będzie można mówić, że to pieniądze wyrzucone w błoto.

- Jeżeli sukces odniosłoby tylko 10 proc. tych projektów, to od nich do państwa te pieniądze wrócą w postaci podatków. To trochę tak jak w przypadku funduszy inwestycyjnych: jeden udany projekt finansuje dziewięć następnych - porównuje szef one99. - A ci, którzy się poślizgnęli, będą wiedzieli na czym. I następny, lepiej przygotowany projekt zrobią już za własne pieniądze. Albo stwierdzą, że internetowy biznes nie jest dla nich.

Nie wszyscy utożsamiają się z takim podejściem. - Sęk w tym, że dotacje nie promują innowacyjnych pomysłów, ale ludzi, którzy są nieźli w wypełnianiu papierków - zauważa menedżer jednej z internetowych spółek.

- Tak naprawdę najważniejsze jest zamienienie urzędników akceptujących wnioski na konsultantów - wtóruje mu Rafał Agnieszczak, twórca takich serwisów jak Fotka.pl czy aukcyjny Świstak. - Niech tak jak w bankach komercyjnych przyjadą do firmy, spotkają się z założycielami, dogłębnie poznają ich pomysł na biznes i wtedy zdecydują, czy przyznać dotację. Tego typu działalność wymaga dużo większych kwalifikacji, ale to chyba jedyny sposób, by innowacyjności w polskim wydaniu nie brać w cudzysłów.



E-biznes w kolejce

Pod siedzibą Fundacji Małych i Średnich Przedsiębiorstw na ul. Smoczej 27 w Warszawie tłum koczował od kilku dni. Rekord pobili jednak młodzi ludzie, którzy zaparkowali swój samochód przy siedzibie fundacji dziesięć dni przed terminem przyjmowania wniosków. Stworzyli listę kolejkową - do niedzielnego popołudnia zarejestrowało się na niej 315 osób. Kolejne kilkadziesiąt wpisało się na konkurencyjną listę społeczną, która powstała w sobotę. Wszyscy czekali na poniedziałkowy poranek - wtedy o godz. 9 trzy pracownice przy komputerach w jednym z pomieszczeń fundacji miały rozpocząć rejestrację wniosków.

- Zapewniamy ochronę i policję. Nie chcemy chyba, żeby przez ewentualne awantury odebrano nam te środki - mówił ludziom Stefan Rynowiecki, dyrektor Fundacji Małych i Średnich Przedsiębiorstw, która z ramienia Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości przyjmuje wnioski.

Złożenie jednego wniosku trwało zaledwie kilka minut. Do godz. 15.30, gdy zakończono przyjmowanie wniosków, w siedzibie fundacji zarejestrowano 511 wniosków. - To pokazuje, że byliśmy przygotowani - mówi Rynowiecki.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów