Chodzi o dofinansowanie usług w internecie z unijnego Działania 8.1 programu operacyjnego "Innowacyjna gospodarka". O dotację na e-biznes mogą się ubiegać mali przedsiębiorcy, którzy prowadzą działalność nie dłużej niż rok. Można dostać do miliona złotych na dwa lata działalności - na wynagrodzenia dla pracowników, wynajem biura czy sprzęt, np. serwery potrzebne do świadczenia usługi w sieci (
Bruksela zapewnia do 85 proc. finansowania w ramach zwrotu wydatków). We wczorajszej "Gazecie" opisaliśmy, że poza ogromnym zainteresowaniem i kolejkami rodem z PRL-u dotacje dla raczkujących biznesów rodzą wiele kontrowersji. Niektórzy uważają m.in., że nie są fair wobec przedsiębiorców, którzy prowadzą biznes za własne pieniądze, a urzędnicy nie promują innowacyjnych pomysłów, tylko tych ludzi, którzy dobrze wypełnią wnioski.
Tomasz Grynkiewicz: Z Unii mamy prawie 390 mln euro na e-biznes. Psucie rynku czy impuls do rozwoju? Wojciech Cellary: Kiedy powstawały założenia Działania 8.1, przyświecała nam prosta filozofia: mamy dwa miliony studentów i pytanie, co oni będą robić po ukończeniu studiów? Bo przecież nie po to zdobywają wyższe wykształcenie, by pracować fizycznie. Dawniej wielu absolwentów uczelni wyższych było wchłanianych przez sektor publiczny. Ale przy tej liczbie studentów to droga donikąd. Nie sfinansujemy miejsc pracy dla nich z jeszcze wyższych podatków. Jedyna rozsądna droga to umożliwienie im startu w gospodarce, w sektorze prywatnym. Niech zdobytą wiedzę sprzedają przez internet w formie e-usług, zatrudniając się sami we własnych firmach. Tych usług potrzebują nie tylko młodzi ludzie, wychowani na internecie, ale również starsi przedsiębiorcy, dla których e-usługi oparte na wiedzy są szansą na uzyskanie korzyści z otwarcia europejskich rynków po integracji. I widać, że trafnie odgadliśmy potrzeby społeczne. O dotacje złożono ponad dwa tysiące wniosków, żaden inny fundusz unijny nie cieszył się tak ogromnym zainteresowaniem.
Ale kolejki jak za socjalizmu. W dodatku po dotacje na nowe technologie! - Mimo pewnej groteski to budujące. Młodzi ludzie widzą w tych dotacjach swoją szansę. Gdyby nie ta pomoc, prawdopodobnie większość tych ludzi nigdy by nie spróbowała swych sił w biznesie, bo i za co? A tak, dajemy impuls i bardzo silną zachętę, by założyć własną firmę. Odciągając tym samym młodych ludzi od szarej strefy, emigracji i sektora publicznego, który i tak by ich nie wchłonął.
Wiele osób krytykuje dotacje. To jest gra nie fair wobec tych przedsiębiorców, którzy starają się rozkręcać biznes za własne pieniądze? - Jeśli postawimy obok siebie dwóch przedsiębiorców i jednemu damy fory w postaci dotacji unijnych, przesuwając go na torze o 50 metrów do przodu, to jest oczywiste, że to jest nie fair. Ale to nie są tego typu zawody. Bo nie fair jest również to, że jeden może otworzyć własny biznes, ponieważ odziedziczył dom, który może stanowić zabezpieczenie kredytu z banku, a drugi nie. W przypadku tego działania chodzi o to, by pobudzić przedsiębiorczość wśród młodych ludzi i dać impuls do rozwoju gospodarki elektronicznej i w konsekwencji unowocześnienia całego kraju. Słyszę zarzut, że to rozdawnictwo. Tymczasem to twarda gra, bo prawdziwe ryzyko ponoszą właśnie ci, którzy po dotacje sięgają.
A nie łatwa kasa i duża pokusa do mataczenia? - Proszę zobaczyć, jakie są reguły gry - jeszcze przez trzy lata po tym, jak przestaną płynąć dotacje, projekt musi utrzymać się na rynku. Wydać dowolnie wysoką kwotę przez dwa lata to żaden problem. Problem - jak zbudować z dotacji trwały biznes. Bo jeśli się nie uda, dotacje trzeba będzie zwracać.
Na pierwszy rzut oka część projektów wygląda na skazane na niepowodzenie. Może ludzie zbyt optymistycznie podchodzą do dotacji? - To jest prawdziwy rynek i gra o prawdziwe pieniądze. Gra dla dorosłych ludzi, nie dla naiwnych. Przedsiębiorcy, którzy podpisują umowy, muszą znać reguły gry. A jeśli nie wiedzą, że przez trzy lata po zakończeniu finansowania ich biznes musi ciągle działać, to wytłumaczy im to windykator. Trzeba się liczyć z tym, że część tych projektów upadnie.
Klapa też będzie sukcesem? - Dotykamy tu fundamentalnej różnicy w myśleniu o biznesie w Ameryce i w Europie. U nas słowo bankrut kojarzy się wyłącznie negatywnie, wstydliwie. A w Ameryce świadczy o tym, że ten człowiek był aktywny, już coś w biznesie próbował zdziałać, że nie jest zupełnie zielony, jest bardziej doświadczony, twardszy. Dlatego warto spojrzeć na unijne dotacje jako wielką, ogólnonarodową lekcję przedsiębiorczości. Ci, co poniosą klęskę, nie powielą następnym razem błędów, nauczą się, w jaki sposób lepiej prowadzić swój biznes. To doświadczenie, choć z pozoru mało namacalne, będzie procentować jeszcze przez długi czas.
A może urzędnicy powinni być jak konsultanci - poznać biznes, stojących za nim ludzi i wtedy zdecydować, co z dotacją? - To nie ich zadanie. To nie urzędnik ma powiedzieć: ten projekt ma szanse na sukces, a ten nie. Jedyną weryfikacją jest rynek i klienci. Żaden urzędnik nie ma takiej wiedzy ani intuicji. Czy gdyby kilka lat temu przyszła do pana trójka studentów i powiedziała, że ma
Google i że to będzie wkrótce lepsza wyszukiwarka internetowa niż AltaVista [w erze przed Google był to numer jeden wśród internautów], nie odprawiłby ich pan z kwitkiem? Nie wiem, czy taka historia jak Google ma szansę powtórzyć się w Polsce, ale mam taką nadzieję. Bez dania ludziom takiej szansy, bez zarażania ich przedsiębiorczością tego się nie dowiemy.
A gdyby działać jak fundusz inwestycyjny? Tam ktoś liczy pieniądze, prawdopodobieństwo sukcesu... - To inny sposób myślenia. Fundusz działa na rzecz swoich inwestorów, czyli tak: wkładam milion dolarów, za rok czy dwa chciałbym mieć z tego np. 200 tys. dolarów, a jeszcze lepiej pół miliona. A tu mamy pieniądze państwowe, w dodatku głównie z innych, bogatszych krajów, jak
Niemcy czy
Francja. I wkładamy pół miliona euro nie po to, by samemu na tym zarobić, ale dlatego, że nie chcemy, by młodzi ludzie stali w kolejkach przed urzędami pracy. By mogli przekuć pomysł na biznes i utrzymać się z niego, nie musząc wykonywać prac poniżej ich możliwości i ambicji.