Zamiana programów wydaje się sensowna. Nie podoba mi się uszczęśliwianie ludzi kredytami w sytuacji niepewności gospodarczej. Tym bardziej, że obecny kryzys bezlitośnie obnażył słabość naszego rynku mieszkaniowego. Okazało się, że z ponad miliona gospodarstw domowych, które nie mają własnego lokum, tylko nieliczne mogą je sobie kupić. Od dawna postuluję więc, aby rząd zatroszczył się w końcu także o tych, którzy mieszkanie mogą sobie co najwyżej nająć. Dla tych ludzi jest rzeczą najważniejszą, aby takich mieszkań było jak najwięcej, bo większa podaż oznacza niższe czynsze.
Pierwszy krok został zrobiony. Najpewniej jeszcze w tym roku wejdzie w życie ustawa, która zmniejszy ryzyko wynajmujących
mieszkania (właściciele o wiele łatwiej będą się mogli pozbyć najemców nie płacących czynszu). Teraz potrzebny jest drugi krok - stworzenie warunków, by w budowę czynszówek zaangażowali się prywatni inwestorzy. Wiadomo, że banki nie zaangażują swoich pieniędzy w tego typu przedsięwzięcia. Być może zmienią jednak zdanie, kiedy państwo zgodzi się być poręczycielem tych kredytów.
Trzeci krok będzie należał do Towarzystw Budownictwa Społecznego, spółdzielni i firm deweloperskich, Czy dzięki tym kredytom zaczną budować mieszkania na wynajem? To się dopiero okaże. Pomysł, by najemcy mogli wykupić mieszkania na pewno podniesie atrakcyjność programu.
Potrzebny jest jednak czwarty krok - większe wsparcie dla gmin na budowę mieszkań socjalnych dla najuboższych. To wstyd, że rząd chce w przyszłorocznym
budżecie obciąć wydatki na cel z symbolicznych 45 mln do 20 mln zł.