Wystarczyła krótka konferencja prasowa, by notowania dwóch gigantów rynku nawigacji zanurkowały - na Nasdaq akcje Garmina błyskawicznie potaniały o 16 proc. Na giełdzie holenderskiej bliźniaczo zachowywał się TomTom, który dodatkowo poinformował o spadku zysku w ostatnim kwartale aż o 47 proc. - kurs zniżkował o 20 proc.
Akcje zaczęły parzyć inwestorów na wieść o tym, że na rynek nawigacji wkracza
Google. W swoim tradycyjnym stylu - oferując nową usługę zupełnie za darmo.
Na razie Google Maps Navigation będzie działać jedynie w
USA. I tylko na smartfonach z nową wersją systemu operacyjnego
Android 2.0 - opracowanego przez Google'a. Pierwszy taki telefon, Motorola Droid, znajdzie się w ofercie amerykańskiego operatora Verizon Wireless od 6 listopada - trzeba będzie zań zapłacić 199 dol.
Aplikacja Google'a niewiele różni się od dostępnych na rynku programów do nawigacji samochodowej - po wpisaniu adresu system poprowadzi nas, ulica po ulicy, do celu. Użytkownicy będą mogli wyszukiwać stacje benzynowe czy przydrożne restauracje, aplikacja pokaże też natężenie ruchu na danej trasie czy ostrzeże o korkach (dane są zbierane od użytkowników mobilnej aplikacji Google Maps, a aktywnie na różnego rodzaju komórkach korzysta z niej dziś ok. 50 mln osób). Google do swojej nawigacji dołączy też możliwość podejrzenia zdjęć z satelity, jak również Street View (wówczas strzałki z kierunkiem będą się wyświetlały na tle zdjęć ulic i budynków, a nie tylko ich zarysów). Ma też w niej działać rozpoznawanie komend głosowych.
Google chce wprowadzić także aplikację na
iPhone'a. Nie wyklucza też udzielenia licencji na program producentom urządzeń nawigacyjnych. A docelowo - być może także na komórki z innym niż Android systemem operacyjnym. Google, jak to ma w zwyczaju, odżegnuje się od stwierdzeń, że następuje na odcisk kolejnej branży.
- To problemy taktyczne, które pojawiają się przy realizacji naszego strategicznego celu, czyli zaoferowania pewnej magii na mobilnych urządzeniach z wykorzystaniem komputerowej chmury - odpowiadał dziennikarzom Eric Schmidt, szef Google'a.
Równocześnie koncern rozwija też skrzydła na muzycznym froncie. W tym tygodniu podpisał umowy z kilkoma liczącymi się na rynku serwisami - m.in. iLike, przejętym niedawno przez MySpace i serwisem Lala.com. Ten ostatni pozwala swoim użytkownikom na odsłuchanie każdej
piosenki z katalogu 8,5 mln utworów za darmo, ale tylko raz. Potem za nieograniczoną możliwość słuchania pobiera po 10 centów od piosenki. A ceny plików do ściągnięcia zaczynają się od 85 centów.
Lala.com ma ok. 100 tys. użytkowników, z czego aktywnych - ok. 60 tys. Każdy z tych ostatnich wydaje w serwisie ok. 67 dol. rocznie.
Zgodnie z umową, gdy internauci będą szukać jakiegoś utworu, np. wpisując w wyszukiwarce Google tytuł, album, artystę czy nawet fragment tekstu, wyskoczy im osobne okienko - będą mogli odsłuchać 30-sekundowy fragment utworu z serwerów iLike lub Lala. Obok pojawi się link, zachęcający do kupna utworu. - Po roku od podpisania umowy będziemy jednym z największych sprzedawców muzyki w internecie - przekonuje Bill Nguyen, założyciel serwisu Lala.com.