W każdym banku na poczesnym miejscu wisi tabela oprocentowania lokat i kredytów oraz druga - z opłatami i prowizjami. Święta rzecz - wydawałoby się. Ale czasy, kiedy bankowe tabele były prawdą objawioną traktowaną przez bankowców niczym mantra, już się na szczęście skończyły. Teraz każdy bank chce się pokazać jako ten, który traktuje klientów po partnersku, buduje z nimi długoterminową relację. Zwłaszcza z tymi, którzy mają grube portfele. Stąd w bankach elastyczność i możliwości negocjowania stawek są dużo większe niż kiedyś. Ile trzeba mieć pieniędzy, żeby pokłócić się z doradcą w banku o oprocentowanie lokaty, marżę kredytową albo prowizję? To zależy.
1. Konta: za darmo albo i nie Banki mają bardzo różne podejścia do bogatych klientów, którzy wykupili konta typu VIP, Prestiż albo Gold (w różnych bankach różnie się to nazywa). Większość bankowców wychodzi z założenia, że jeśli klient trzyma w danej instytucji setki tysięcy lub miliony złotych, to wystarczy, że bank zarabia na tym osadzie lub na prowizjach od transakcji - konto jest wtedy darmowe. Ale w niektórych bankach - zwłaszcza dla klientów "tylko" średnio zamożnych - taryfy są sztywne: za posiadanie konta prestiżowego trzeba płacić kilkadziesiąt złotych miesięcznie, chyba że obroty na koncie lub płatności wydaną kartą przekroczą określony pułap.
2. Lokaty: powalcz z widełkami Tu bankowcy dają klientom stosunkowo duże pole manewru. I to nie tylko tym najbogatszym, jeszcze kilka miesięcy temu na negocjowanie stawek mogli pozwolić sobie nawet klienci przynoszący do banku 30-40 tys. zł. W uprzywilejowanej sytuacji byli przede wszystkim ci, którym kończyły się dotychczasowe lokaty i stali przed wyborem: zostać w swoim banku czy iść do konkurencji. Oczywiście żaden bankowiec nie proponował negocjacji od razu, ale miękł, jak tylko zobaczył, że klient sięga po druk rozwiązania umowy.
Teraz, kiedy główna fala kryzysu finansowego już się przetoczyła, bankowcy nieco podnieśli poprzeczkę, ale i tak do negocjowania oprocentowania wystarczy już 100 tys. zł. A w niektórych bankach pewne możliwości dyskutowania o stawkach otwierają się już przy depozycie rzędu 50 tys. zł. Oczywiście te negocjacje w pewnym stopniu są naciągane, bo pod stołem każdy bankowy doradca i tak ma siatkę oprocentowania z informacją, do jakiego poziomu może być elastyczny.
Nie zmienia to faktu, że depozyty bankowe są jednym z nielicznych produktów bankowych, do których bankowcy są skłonni dopłacać, byleby tylko przywiązać klienta. Dlatego coraz częściej na ekstralokatę może liczyć np. klient, który zdecyduje się część pieniędzy wpłacić do funduszy inwestycyjnych bądź też zainwestować w tzw. produkty strukturyzowane. To na tyle rentowne i długoterminowe produkty, że bank może sobie pozwolić na dopłacanie do lokaty, byle tylko nakłonić klienta do transakcji wiązanej.
3. Kredyty: zejdą z prowizją, z marżą niekoniecznie Im więcej masz pieniędzy w portfelu, tym większy kredyt będzie ci kiedyś potrzebny. Bankowcy to wiedzą i kochają cię za to. Chcąc wziąć wysoki kredyt hipoteczny lub gotówkowy (od 400-500 tys. zł w górę), od razu zażądaj niższej prowizji. To rzecz, z której bankowcy przy większych kwotach transakcji rezygnują najszybciej i zwykle bez zbędnej dyskusji. Gorzej z marżą. Owszem, tu też jest pewne pole manewru, ale zwykle otwiera się ono dopiero przy kwocie kredytu przekraczającej milion złotych.
I wcale nie jest tak, że będąc finansowym krezusem, możesz mieć pewność, że cokolwiek ugrasz. Marże kredytowe to zwykle element kształtowany przez działy kontroli ryzyka kredytowego. A z ludźmi od ryzyka jak z
policjantami - nie ma dyskusji. Dlatego nawet najbardziej ugodowy doradca klienta nie poradzi nic na wysoką marżę, którą podyktuje mu departament kredytów hipotecznych.
4. Fundusze inwestycyjne: kup jednostki dla elity Jeśli kupujesz w swoim banku jednostki funduszy inwestycyjnych, to zapłacisz tym mniejszą opłatę manipulacyjną, im więcej przyniesiesz pieniędzy - to naturalne. Ale raczej nie ma możliwości negocjowania tych stawek. Jeśli już, to dopiero od miliona złotych wzwyż. Więcej możesz ugrać na ulgowych opłatach za zarządzanie funduszami. Coraz więcej towarzystw funduszy ma dla osób wpłacających większe kwoty specjalne oferty. To jednostki uczestnictwa odmiennego typu, związane z mniejszą od standardowej opłatą za zarządzanie. Jeśli np. zwykli klienci płacą za zarządzanie danym funduszem akcji np. 5,5 proc., to klienci mający "lepsze" jednostki zapłacą tylko 3,5 proc. To ważne, bo w skali roku te kilka procent może znacząco poprawić wynik funduszu. W jednych funduszach możliwość kupowania ulgowych jednostek zaczyna się od miliona złotych w kieszeni, w innych próg jest ustawiony nieco niżej.
5. Produkty strukturyzowane. Szyj na miarę Jeśli masz trochę grosza przy duszy, to na twoje zawołanie są spece z Londynu, którzy mogą przygotować ci specjalne rozwiązania inwestycyjne, np. opcję pozwalającą zarabiać na zmianie cen diamentów na giełdzie w Amsterdamie albo rozwiązanie, w którym zysk zależy od relacji
cen złota i ropy naftowej. Takiej lokaty ani
funduszu inwestycyjnego nie znajdziesz "na półce" w żadnym banku.
Bank może jednak wyprodukować je specjalnie na twoje zamówienie. Oczywiście musisz położyć na stół odpowiednio wysoką kwotę. W większości banków to milion. Ale... milion euro. Za mniejsze pieniądze, już kilkaset tysięcy złotych, możesz przystąpić do rozwiązań istniejących, które bank sporządził dla innego klienta, a ty wstępujesz tylko do klubu (stąd nazwa tych przedsięwzięć - inwestycje klubowe).
6. Karta kredytowa: kilka stówek z głowy Klient z grubym portfelem to wymarzony posiadacz
karty kredytowej. Choćby dlatego, że taka osoba zwykle robi spore zakupy, więc bank ma szansę zarobić na prowizjach pobieranych od sklepów. Dlatego jeśli bierzesz z banku platynową lub czarną kartę kredytową (
złoto już się zdewaluowało), to daj do zrozumienia, że nie chcesz płacić rocznie 250-300 zł za posiadanie tego kawałka plastiku. Większość banków nie będzie kruszyła kopii o te parę stówek.