Minister finansów Jacek Rostowski pracuje nad programem "Konsolidacji i rozwoju finansów publicznych". Ma być gotowy pod koniec listopada.
Gra toczy się o wysoką stawkę. W 2010 r. dziura w państwowej kasie sięgnie 52 mld zł. Deficyt całego sektora - czyli budżetu, samorządów, państwowych funduszy - poszybuje do 7 proc.
PKB (
Bruksela zaleca nie więcej niż 3 proc., bez tego możemy zapomnieć o euro). Zaś
dług publiczny niebezpiecznie zbliży się do 55 proc. PKB. Jeśli sforsuje ten próg, rząd będzie musiał przygotować w 2012 r. budżet, w którym wydatki będą miały pokrycie w dochodach. To oznacza, że trzeba będzie podnosić podatki i ciąć wydatki na sumę ok. 50-60 mld zł. Trudno to sobie w ogóle wyobrazić.
Nad czym jednak pracuje minister Rostowski, skoro on sam przy każdej okazji powtarza, że rząd nie planuje głębokich reform w wydatkach, bo po co, skoro prezydent Lech Kaczyński i tak wszystko zawetuje?
Tropy prowadzą do emerytur. W ostatnich dniach trójka ministrów Tuska zgłosiła publicznie swoje pomysły, jakby sondowała opinię publiczną. Zaczął minister Michał Boni, który opowiedział się za wydłużeniem wieku emerytalnego do 67 lat (dziś dla mężczyzn to 65, a kobiet 60). Poparł go minister Rostowski. Kokosów by to szybko nie przyniosło, choć w dłuższej perspektywie odciążyłoby finanse: świadczenia z ZUS pobierane byłyby później, dotacja z budżetu do ZUS byłaby mniejsza.
Korzystniejsza dla budżetu jest propozycja minister pracy Jolanty Fedak, by z naszych składek emerytalnych przekazywać do
OFE tylko 2 proc. (dziś to 7,3 proc.), reszta trafiałaby do ZUS. Według naszych obliczeń to oszczędności rzędu 16 mld zł (o tyle mogłaby być mniejsza dotacja z budżetu). Na całej tej operacji straciliby jednak przyszli emeryci, bo ich emerytury byłyby pewnie niższe.
Kolejny pomysł - "kotwicy wydatkowej" - zgłosił sam minister Rostowski podczas debaty Fundacji FOR Leszka Balcerowicza i "Dziennika". - Trzeba zastanowić się nad wprowadzeniem reguły wydatkowej, zgodnie z którą wzrost wydatków realnie mógłby wynosić 1 proc. rocznie - ogłosił minister.
Jego zdaniem ta reguła powinna dotyczyć wydatków nieuregulowanych w ustawach. Takich wydatków jest w polskim
budżecie ok. 20 proc. (60 mld zł na 300 mld zł wszystkich wydatków), reszta to tzw. wydatki prawnie zdeterminowane, trzeba je ponosić, bo wynikają z ustaw. Gdyby taka kotwica obowiązywała, w 2011 r. wydatki elastyczne mogłyby wzrosnąć raptem o blisko 1 mld zł. Ale to wciąż wzrost, a nie oszczędności.
Resort finansów szuka też ratunku dla budżetu, dłubiąc w podatkach. Nie będzie korzystnej dla przedsiębiorców zmiany zasad zapłaty grudniowej zaliczki na podatek. Sejm odsunął termin jej wejścia w życie o dwa lata.
- Chodzi o ratowanie budżetu państwa i finansów publicznych - przekonywał posłów wiceminister finansów Maciej Grabowski. - Skutki budżetowe tego przepisu w 2010 r. wyniosłyby ok. 2 mld zł.
Inny pomysł to nałożenie VAT-u na szkoły językowe, co przyniosłoby 100-200 mln zł rocznie dodatkowych dochodów.
Rząd nie szykuje za to: reformy KRUS, podniesienia wieku emerytalnego służb mundurowych, zniesienia przywilejów emerytalnych dla górników, opodatkowania rolników PIT-em, zniesienia ustawy nakładającej przeznaczanie na obronność 1,95 proc. PKB co roku (nie zgadza się na to prezydent Kaczyński).