Do tego ruchu przygotowywano się już od 1996 r. Ale dopiero w piątek, ostatniego dnia konferencji w Seulu, zarządzająca domenami organizacja ICANN oficjalnie zdecydowała: dopuszczamy nowe języki do adresów internetowych witryn.
Potrzeba była paląca, bo spośród 1,6 mld internautów ponad połowa nie używa alfabetu łacińskiego - głównie Chińczycy i Arabowie.
- To zmiana niezbędna do tego, by internet dalej się rozwijał, bo takich użytkowników będzie stale przybywać - tłumaczy Rod Beckstrom, dyrektor ICANN. - Internet stanie się bardziej międzynarodowy - dodawał.
Dziś znaków spoza alfabetu łacińskiego można używać wyłącznie w nazwie strony, ale nie w końcówce domeny (nie było możliwości, by w miejsce .com, .pl, czy .eu pojawiły się końcówki pisane cyrylicą).
Wnioski o międzynarodowe nazwy domen, tzw. IDN (Internationalised Domain Names), będzie można składać od 16 listopada. Na początek ICANN dopuści alfabet chiński, koreański i arabski.
Eksperci od bezpieczeństwa obawiają się jednak, że włączenie nowych alfabetów do sieciowego nazewnictwa ułatwi
pracę... cyberoszustom. A konkretnie - da im nowy sposób na podszywanie się pod popularne serwisy lub banki. Chodzi o to, że znaki z różnych alfabetów wyglądają podobnie (np. małe "a" w cyrylicy i w alfabecie łacińskim). Internauci mogą nie zauważyć, że np. w adresie Bank.pl literka "a" nie pochodzi z alfabetu łacińskiego - i przejdą na stronę spreparowaną przez oszustów w celu np. wyciągnięcia hasła i loginu do konta.