Marcin Masłowski: Premier Donald Tusk chce w ciągu pięciu lat zlikwidować w Polsce możliwość gry na automatach do niskich wygranych. Prowadzą panowie od lat firmę wstawiającą do lokali w województwie łódzkim tego typu maszyny. Co panowie sądzą o tym pomyśle? Roman Duszyński, Piotr Nowacki: Skończy się tak samo jak w Stanach Zjednoczonych po wprowadzeniu prohibicji. Hazard na tych automatach zejdzie do podziemia, znów zajmą się tym biznesem ludzie z półświatka. Nie oszukujmy się. Ludzie i tak będą grać. Tyle że "babciok" będzie najwyżej stał na zapleczu pubu, a państwo nie zobaczy z niego grosza podatku. Tak przecież było.
"Babciok"? - Automat, który nie wypłaca gotówki, tak się go nazywa w branży. Symulator gier, który pozwala tylko gromadzić graczowi punkty. Barman znów będzie wygraną wypłacał klientowi pod stołem. Trzy cukierki na maszynie to było 300 zł. A nie trzy cukierki do odebrania w barze, jak głosił komunikat na maszynie. Zyskiem dzielił się pół na pół z mafią, ludźmi z półświatka, którzy to trzymali w swoich rękach. Tak jak to było w Polsce jeszcze siedem, osiem lat temu.
A jak jest teraz? Normalniej? - Zdecydowanie tak. W Polsce działa około 50 firm, które wstawiają automaty do pubów, klubów, restauracji. Nie mówmy o micie, że tą branżą trzęsie jedna osoba czy jakaś mafia. My z kolegą jesteśmy po studiach uniwersyteckich, mamy żony, dzieci, nigdy nie byliśmy karani, płacimy podatki. Dlaczego liberalny rząd chce nam to wszystko odebrać? Co mamy zrobić z maszynami, z których jedna kosztuje nawet 40 tys. zł? Państwo je od nas odkupi? Wątpię.
Wstawić do kasyn - premier tam je chce umieścić. - Na 100 tys. mieszkańców w mieście może zgodnie z prawem przypadać jedno kasyno. Więc nie ma szans, by na przykład w Łodzi jakiekolwiek nowe otworzyć. Rynek jest nimi wystarczająco nasycony.
Jak się taki biznes otwiera? Ja też mogę? - Oczywiście, potrzebny jest jednak kapitał. W Polsce najpopularniejsze są maszyny sprowadzane z Czech. Najtańsza kosztuje 9 tys., te najlepsze nawet 36 tys. zł. Różnią się oprogramowaniem, ilością gier. Te najtańsze mają jeszcze klasyczne bębny w środku, a nie elektroniczny ekran. Tych nie ma sensu sprowadzać, mają słabe zabezpieczenia, można było na nich "wędkować". Klient na superklej przyklejał żyłkę do pięciozłotówki i nabijał sobie sporo kredytów, wrzucając i wyciągając monetę. W droższych maszynach to nie przejdzie. Mają lepszy czujnik we wrzutniku monet.
Do tego trzeba wydać pieniądze na firmę kurierską, która te maszyny przywiezie, trzeba je certyfikować, zatrudnić ludzi do opieki nad automatami. Oni nie mogą być karani. Operator takich maszyn musi co dwa lata odnawiać certyfikat nadawany przez Ministerstwo Finansów, zdawać egzamin państwowy. Za każdym razem kosztuje go to 2 tys. zł. Do tego serwisanci, ludzie zatrudniani w magazynach, księgowe. Czy ktoś o tym wspomniał, pisząc o tzw. aferze hazardowej? O rzeszy ludzi, którzy uczciwie zarabiają na życie i mogą stracić pracę?
Ale chyba można na tym biznesie zarobić? - Tak, ale to chyba nie jest zarzut. Zarabia Lotto, a to przecież też hazard. Zarabiają kasyna, internetowi bukmacherzy. Dlaczego więc karze się tylko nasze firmy? Czy państwo kiedyś policzyło, jakie to przyniesie mu straty?
Jakie? - Ogromne. Już teraz według naszych obserwacji wiele pijalni, małych pubów nie bankrutuje tylko dzięki temu, że ma maszyny. Właściciel dostaje od nas na przykład 2 tys. zł miesięcznie od wstawionego automatu. On z tego opłaca prąd, czynsz, pracownika. Ma pracę, jest spokojny. Państwo co miesiąc od tego automatu dostaje 800 zł.
Do tego moi magazynierzy, serwisanci, operatorzy, księgowe jako legalnie zatrudnieni płacą 19-proc. podatek dochodowy. A my jako firma płacimy podatek VAT. Takich firm jest mnóstwo, a automatów ponad 50 tys. A jeszcze opłata gigantyczna za kilkuletnią koncesję. Gdzie tu szwindel? Skąd nagle ta wrogość państwa wobec nas?
Bo - tak twierdzi białostocki CBŚ, który zarekwirował ostatnio 300 automatów w całej Polsce - jest ogromna szara strefa i państwo traci miliony na tych automatach. Są przerabiane na automaty, które wypłacają więcej niż 15 euro, a opłata za nie jest wnoszona jak za maszyny o niskich wygranych. - Każdy automat ma trzy liczniki. "In" - ile wrzucono, "out" - ile wypłacono, i jeszcze jeden elektroniczny, który rejestruje wszystkie transakcje. Urzędnicy ze skarbówki zawsze mogą sprawdzić, ile monet klienci wrzucili, ile im wypłacono, ile automat na siebie zarabia. To wszystko jest do sprawdzenia. Powtarzamy: szara strefa była w tej branży. Teraz stanowi ułamek rynku. My tylko ostrzegamy, że wrócą najgorsze czasy symulatorów - gier zręcznościowych. Wygrane będą wypłacane pod stołem, a państwo nie zobaczy z tego złotówki. Wrócą czasy "miłego pana" koło automatu, który wsadza kluczyk i nabija ci na kredyt 10 tys. zł. Grasz, przegrywasz, a potem zabierają ci samochód, porywają żonę. Bo nie oddałeś długu. Były takie przypadki.
Pojawiają się zarzuty, że grają dzieci, że te automaty są na stacjach benzynowych, w sklepach. - Ale to nie jest nasza wina. Każdy automat musi mieć nalepkę, że jest tylko dla pełnoletnich. Co do stacji czy sklepów, to niech państwo zmieni ustawę i zabroni ustawiania tam automatów. Nie mamy nic przeciwko temu, by stały w miejscach, gdzie wstęp mają tylko dorośli. Tak jest w Czechach, gdzie maszyn jest więcej niż w Polsce. A u nas nawet nie ma do tej pory wyspecjalizowanych służb, które znałyby się na tej branży. Najpierw zajmowała się nimi skarbówka. Teraz premier każe celnikom przyjrzeć się maszynom. A oni nie mają o tym pojęcia, dopiero się uczą, nas o wszystko pytają. Ale czy to nasza wina?