Na kuchence wesoło pyrka czajnik z wodą, z piecyka płynie przyjemne ciepełko. I nagle w telewizji mówią, że z gazem to nic pewnego. A konkretnie, że nasz rząd negocjuje w Rosji umowę, aby zapewnić dostawy gazu i nie wprowadzać zimą ograniczeń dostaw. A jeśli się nie uda? Co z czajnikiem? Co z piecykiem?
Bez obaw. Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo zakontraktowało takie ilości gazu, że na pewno nie zabraknie go w naszych domach. Gdyby trzeba było wprowadzać ograniczenia, najpierw przykręcono by kurki przedsiębiorstwom. Choć i to nie byłoby miłe.
Aby tego uniknąć, menedżerowie PGNiG pojechali do Moskwy, gdzie przez kilka dni negocjowali z Gazpromem dodatkowe porcje gazu. I wynegocjowali. W piątek koncerny ogłosiły, że obecny kontrakt ulegnie wydłużeniu o 15 lat i będzie obowiązywał aż do 2037 r. Poza tym od stycznia mamy importować o 40 proc. więcej rosyjskiego gazu niż dotąd, co w sumie daje aż 10 mld m sześc. rocznie.
My dostaniemy gaz, a Gasprom - pieniądze. I to ogromne. Przez wszystkie te lata z tytułu dodatkowych zamówień z Polski rosyjski gigant wzbogaci się o... 60 mld dol. Pożywi się, i to nieźle, budżet Rosji, który z podatku od eksport gazu dostanie jedną trzecią tej kwoty. Dzięki nam i rosyjski Gazprom, i tamtejszy fiskus mają zyski gwarantowane przez ponad ćwierć wieku, bo w kontrakcie jest zapis: "bierz lub płać". Czyli, że za zamówiony gaz PGNiG musi zapłacić, nawet gdy nie będzie go potrzebować - bo np. konkurenci odbiorą mu część rynku.
Gazowy stan wyjątkowy
- Będziemy mieli na długo spokój z gazem - usłyszałem wyjaśnienie tak hojnej oferty od pragnącego zachować anonimowość przedstawiciela branży energetycznej.
Rozumiem jego nadzieje, bo od początku roku w polskim gazownictwie panuje stan wyjątkowy. Już 300 dni obowiązuje rozporządzenie rządu, które pozwala natychmiast ograniczyć dostawy gazu w różnych regionach kraju, przede wszystkim do przedsiębiorstw. Takie rozporządzenia już ogłaszały polskie rządy w wyjątkowych sytuacjach. Ale nigdy na tak długo.
Dziś nie ma też ograniczeń - obowiązuje "pierwszy stopień zasilania", czyli wszyscy klienci gazowni dostają tyle gazu, ile chcą. Po co więc ogłaszano gazowy stan wyjątkowy? Bo z kontraktu z PGNiG nie wywiązuje się szwajcarska spółka RosUkrEnergo (RUE), która w połowie należy do Gazpromu, a w połowie do dwóch ukraińskich przedsiębiorców - Dmytro Firtasza i Iwana Fursina.
PGNiG kupowało od RUE jedną czwartą całego gazu z importu (2,3 mld m sześc.) płynącego przez ukraińskie gazociągi. Kontrakt miał obowiązywać do końca roku, z możliwością przedłużenia o następne dwa. Jednak w styczniu Gazprom postanowił wymusić od Kijowa podwyżkę zapłaty za swój surowiec. Co więc zrobił? Na trzy tygodnie wstrzymał tranzyt gazu przez Ukrainę do Europy Zachodniej. Stanęły dostawy do Polski z ukraińskich gazociągów, także od RUE. Nie było katastrofy, bo Gazprom osaczał tylko Ukrainę i nie przerwał dostaw do Polski oraz zachodnich państw. Mieliśmy też dość zimowych rezerw gazu w magazynach, a jednak przedsiębiorstwom zmniejszono dostawy gazu.
W styczniu premier Ukrainy Julia Tymoszenko uzgodniła z premierem Rosji Władimirem Putinem nowa umowę gazową i państwa UE znowu dostawały całość zamówionego na Wschodzie gazu. Jednak na zakończenie konfliktu Putin uzgodnił z Tymoszenko, że RUE zostanie wyrugowane z eksportu gazu do Unii. I że szlaki przetarte przez szwajcarską spółkę przejmie teraz Gazprom.
Kto na tym stracił? My. Po wymiksowaniu RUE Polska jako jedyne unijne państwo przez wiele miesięcy nie dostawała ze Wschodu całego zamówionego gazu.
"Gazprom to rosyjska broń" - stwierdzają w tytule swojej książki rosyjscy publicyści Walerij Paniuszkin i Michaił Zygar. Gazowy gigant wykorzystał kryzys, jaki jego spółka wywołała w Polsce. Kiedy PGNiG wystąpił o dodatkowe dostawy, nie zgodził się na zawarcie zwykłego kontraktu handlowego. Postawił warunki polityczne, żądając w zamian zmiany umowy rządów Polski i Rosji dotyczącej zasad dostaw rosyjskiego gazu do Polski oraz działania polsko-rosyjskiej spółki EuRoPol Gaz, właściciela gazociągu tranzytowego do Niemiec. Tę podpisaną w 1993 r. umowę zmieniano potem w 1995 i 2003 r. Co Rosjanie chcą ugrać? Mieć większy wpływ na zarządzanie EuRoPol Gazem i przede wszystkim zagwarantować sobie jak najniższe opłaty za tranzyt gazu przez Polskę.
Rozmowy rządowych ekspertów i menedżerów PGNiG ciągną się już od połowy stycznia. W marcu polsko-rosyjska rządowa komisja formalnie zatwierdziła decyzję o negocjacjach nowej międzyrządowej umowy. Pertraktacje zaczęły się w kwietniu i początkowo szły żwawo. Ministerstwo Gospodarki miało nawet nadzieję, że porozumienie uzgodnią do końca lipca. Wtedy mogło zostać podpisane na początku września jako zwieńczenie wizyty premiera Putina na Westerplatte z okazji 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Nic z tego. Pod koniec lipca rosyjscy negocjatorzy nagle się usztywnili i rozmowy utknęły w martwym punkcie - aż do dziś. Nawet ostatnie uzgodnienia PGNiG z Gazpromem nie kończą sprawy, bo ustalenia koncernów muszą jeszcze zatwierdzić rządy.
Strach ma wielkie oczy
Czy te przeciągające się pertraktacje grożą nam rychłymi niedoborami gazu?
Pod koniec września ostrzegał przed tym prezes PGNiG Michał Szubski. Mówił, że jeśli szybko nie podpiszemy nowego kontraktu z Gazpromem, to już w listopadzie trzeba będzie ogłosić "dziesiąty stopień zasilania". A to oznacza dotkliwe w skutkach "odgazowanie" przemysłu.
Oliwy do ognia dolał Mikołaj Budzanowski, nadzorujący spółki energetyczne. Pod koniec września w wywiadzie dla agencji Reuters wiceminister skarbu mówił, że w okresie najbliższej zimy Polsce może zabraknąć nawet 1 mld m sześc. gazu i właśnie tyle trzeba będzie "zabrać" dużym przedsiębiorstwom.
Inne fakty przeczą tej wizji gazowego kataklizmu. Jak choćby to, że po podjęciu rządowych negocjacji Gazprom niejako na zachętę zgodził się sprzedać PGNiG od czerwca do końca września dodatkowo 1 mld m sześc. gazu. Wypełniano nim podziemne magazyny, w których - żeby się zmieścił - zwiększano ciśnienie. Tyle że z tej dodatkowej porcji nasz koncern nie wykorzystał jednej czwartej. Dlaczego? Bo z powodu kryzysu spadło zużycie gazu w Polsce.
W drugim kwartale spadek ów wyniósł 11 proc., ale w zakładach chemicznych - nawet 17, licząc rok do roku. Jak było ze zużyciem gazu latem, okaże się dopiero w połowie listopada, gdy PGNiG ogłosi dane za trzeci kwartał.
Wiadomo też, że pod koniec roku PGNiG zamierzało zwiększyć import gazu z Rosji w ramach obowiązującego kontraktu. Nic dziwnego, że we wrześniu dyrektor Maciej Kaliski z Ministerstwa Gospodarki mówił "Gazecie", że gazu nie powinno nam zabraknąć do przyszłej wiosny, choć nie mógł tego gwarantować.