W Polsce osiągnął wszystko, o czym może marzyć menedżer - w ubiegłym roku zarobił ponad 3 mln zł, kieruje jednym z największych banków notowanych na warszawskiej giełdzie, zatrudnia 7 tys. pracowników. Od stycznia wchodzi do międzynarodowej ligi. Polaków, którzy w niej grają, można policzyć na palcach jednej ręki: Cezary Stypułkowski, były prezes Banku Handlowego i PZU, który obecnie zarządza bankowością inwestycyjną JP Morgan w Europie Środkowo-Wschodniej, Marek Belka, b. premier i minister finansów za rządów lewicy, kieruje departamentem europejskim Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Goldman Sachs ściągnął do Londynu też Kazimierza Marcinkiewicza, ale to nie jest kariera w klasycznym wydaniu, b. premier nie ma doświadczenia w branży finansowej (z tego powodu nie mógł kierować PKO BP, o co usilnie zabiegał).
Rozmowa z Brunonem Bartkiewiczem Przyspieszony kurs kapitalizmu W czasy kapitalizmu wkraczał ze znajomością języków, pasją do bankowych systemów informatycznych i - najważniejsze -dyplomem wydziału handlu zagranicznego Szkoły Głównej Planowania i Statystyki pod pachą. Handel zagraniczny to były drzwi do świata, który dla większości Polaków był nieosiągalny - do wyjazdów, stypendiów i kontaktów międzynarodowych. Studiowali tam m.in.: Leszek Balcerowicz, Adam Glapiński, Józef Oleksy i Danuta Hübner.
Po skończeniu studiów 1986 r. zamierzał pójść w ślady ojca, profesora historii z Zielonej Góry, i postawić na karierę akademicką. Jednak gdy w Polsce szykowały się wielkie zmiany polityczne, on pojechał na stypendium do brytyjskiego Midland Bank UK. Po powrocie nie trafił już na uczelnię - w 1989 r. zaczął pracować dla polsko-brytyjskiej spółki joint venture Digital Laboratories International. Handlowali mydłem i powidłem - sprowadzali sprzęt komputerowy z Tajwanu, sprzedawali cukier, szkło, mieli nawet wyprodukować film. - Przechodziliśmy przyspieszony kurs kapitalizmu - wspomina Andrzej Piotrowski, szef Spread Strategies, który na przełomie lat 80. i 90. też przewinął się przez Digital Lab. W Warszawie firma wynajmowała w hotelu Polonia dwa pokoje, z których wyniesiono łóżka. Piotrowski wspomina jak raz, gdy wszyscy pracownicy na moment wyszli z biura, ktoś ukradł im płaszcze. W tym czasie Bartkiewicz pilnował interesów spółki w Krakowie.
Osoby, które zetknęły się z Digital Lab, trafiły na wysokie stanowiska. - Piotrowski założył fundację Telefony Polskie, potem trafił do Ministerstwa Gospodarki i zarządu Exatel. 28-letni Bartkiewicz na rok wszedł do zarządu krakowskiego biura maklerskiego Penetrator. Sam ten okres wspomina jako czas poszukiwań: - To były epizody. Moim celem była bankowość. Obroniłem pracę o systemie rozliczeniowym SWIFT, to była moja pasja.
Burza prywatyzacji Rok później został dyrektorem w Banku Śląskim. Miał zbudować biuro maklerskie i razem z prezesem Marianem Rajczykiem przygotowywać bank do wejścia na warszawską giełdę. Szybko awansował do zarządu, o czym - zdaniem jego ówczesnych współpracowników - zadecydowała głównie znajomość angielskiego. Wszystko szło dobrze aż do debiutu. Potem rozpętała się nawałnica - chętni na akcje banku drobni inwestorzy ustawiali się w kolejkach, żeby za 50 zł kupić akcje. I mieli nosa - już pierwszego dnia notowań kurs wzrósł 13,5-krotnie w stosunku do ceny emisyjnej. Problem w tym, że nie mogli swoich papierów sprzedać - okazało się, że świadectwa depozytowe 800 tys. drobnych akcjonariuszy potwierdzające, że wpłacili pieniądze na zakup akcji, nie zostały zarejestrowane w biurze maklerskim banku. Za to najmniejszych problemów ze sprzedażą papierów nie mieli pracownicy biura ani szefostwo banku - zadbali, żeby ich akcje zostały na czas zarejestrowane na rachunkach. Drobni akcjonariusze wpadli we wściekłość - chcieli, żeby Rajczak i Bartkiewicz stanęli przed sądem i z własnej kieszeni zapłacili za ich straty. Prywatyzację badała sejmowa komisja, a oskarżenia sięgały najważniejszych osób w państwie. Kariery prezesa Rajczaka i wiceprezesa Barkiewicza zawisły na włosku. Rajczak rzeczywiście odszedł. Ale dla Brunona to był punkt zwrotny - rada nadzorcza powierzyła mu kierowanie bankiem najpierw jako p.o. prezesa, a po kilkunastu miesiącach był już pełnoprawnym szefem banku. Był 1995 r., Bartkiewicz miał 33 lata.
Pierwsza emigracja Prezes wprowadził centralny system informatyczny i walczył, żeby obniżyć poziom złych kredytów, które sięgały 50 proc. portfela. Przełożeni z holenderskiego ING stwierdzili jednak, że szefowi ich banku w Polsce brakuje międzynarodowego doświadczenia. W 2000 r. dostał propozycję - wyjedzie i popracuje w kierownictwie ING Direct, ramieniu banku obsługującym zamożnych klientów z Europy Zachodniej, USA, Australii i Kanady. Sam Bartkiewicz wspomina, że ten czas ukształtował go jako menedżera - pracował w gronie doświadczonych ludzi, nauczył się wiele o marketingu i zasadach podejmowania decyzji. Do Polski i na fotel szefa ING Banku Śląskiego wrócił w 2004 r.
Po powrocie postawił na oszczędzanie. Jego bank jako pierwszy wprowadził konto oszczędnościowe - słynne OKO - jako alternatywę wobec zwykłych lokat. Postanowił zmienić wizerunek Śląskiego - nowoczesnego banku dla szanującej swoje pieniądze klasy średniej - i w tym celu zatrudnił aktora Marka Kondrata.
Jednocześnie prezes krytycznie podchodził do nowinek kredytowych, przede wszystkim kredytów walutowych. Grzmiał, że Polacy powinni się zadłużać w złotych, bo w tej walucie zarabiają. Chociaż i on ugiął się pod presją rynku i na kilka miesięcy przed bankructwem Lehman Brothers zaczął sprzedawać franki.
Dobry człowiek, tylko mało ofensywny Naraził się też swoim kolegom z branży zarzucając bankom nierzetelne reklamy, mydlenie klientom oczu i nieuczciwą komunikację na temat opłat i prowizji. - Rzuca kamieniem, a sam ma nieźle za uszami - komentowali rozzłoszczeni tą manifestacją finansiści. Ale poza tym koledzy z branży dobrze mówią o prezesie ING. - Jest przywiązany do zasad, pracownicy go cenią. A to największy komplement dla menedżera - mówi prezes jednego z banków. Bardziej krytyczni są analitycy branży bankowej. - Był mało ofensywny, nie wykorzystał rynkowej hossy - mówią.
Sam Bartkiewicz zapytany o cechy dobrego szefa wymienia dwie: - Musi lubić ludzi i być porządnym człowiekiem.