Minister finansów Jacek Rostowski dokonał niezwykłej sztuki: wymyślił, jak obniżając składkę do
OFE z 7,3 proc. do 3 proc., odciążyć finanse państwa, tak by nie stracili na tym emeryci. Stratne mają być tylko OFE, ale to przecież prywaciarze i zdziercy, więc rząd ma nadzieję, że nikt się za nimi nie ujmie.
Minister ma w ręku mocne argumenty. Polski system emerytalny wciąż nie daje sobie rady bez zasilania dodatkowymi publicznymi pieniędzmi. Zebranych składek nie starcza na wypłaty bieżących rent i emerytur. Ten "emerytalny" deficyt sięga już teraz ok. 60 mld zł rocznie. To jedna piąta wydatków
budżetu!
Paradoks stworzony w wyniku reformy polega na tym, że państwo, by załatać dziurę w systemie emerytalnym, najpierw się zadłuża, wypuszczając papiery skarbowe, a potem OFE kupują od państwa owe papiery, przeznaczając na nie aż 13 z otrzymywanych co roku 22 mld zł!
Tracą na tym podatnicy, bo rośnie zadłużenie państwa, a sama jego obsługa sięga już 40 mld zł rocznie. A przecież w czasach budżetowej bryndzy moglibyśmy lepiej te pieniądze spożytkować. Tracą też przyszli emeryci, bo za prostą przecież operację zakupu papierów skarbowych płacą OFE potężne prowizje.
Najistotniejsze jest to, czy na pomyśle ministra Rostowskiego emeryci aby nie stracą? Czy rząd przyciśnięty kryzysem nie chce ratować publicznych finansów kosztem przyszłych emerytur? Minister Rostowski przekonuje, że emeryci nie tylko nie stracą, ale jeszcze zyskają.
Ta część składki, której mają zostać pozbawione OFE, trafi do ZUS i po latach emeryt będzie z niej miał taki sam zysk, jakby obracały nią OFE. Fundusze inwestowały w obligacje, emeryt zyskiwał na ich oprocentowaniu. Rząd obiecuje emerytom tyle samo, zebrane środki mają być waloryzowane o przeciętne oprocentowanie obligacji z poprzedniego roku. Co więcej - według ministra Rostowskiego - emeryci jeszcze skorzystają, bo nie zapłacą OFE ok. 500 mln zł prowizji.
I tu właśnie zaczynają się schody. Polacy nie ufają swojemu państwu. Boją się, że jak na finanse publiczne przyjdzie jeszcze gorsza bieda - państwo położy łapę na pieniądzach gromadzonych w ZUS. Los tych pieniędzy będzie zależał przecież od polityków, którzy mogą zmienić np. zasady waloryzacji: zamiast zysku w postaci oprocentowania obligacji, dostaniemy figę. Te obawy nie są pozbawione podstaw, bo w poprzednich latach różne rządy emerytów kiwały.
Idea reformy emerytalnej była taka, byśmy odkładali nasze pieniądze na starość w instytucji niezależnej od rządu, a dostawali potem tyle, ile sobie uciułaliśmy plus zyski, jakie wypracują dla nas z naszych składek OFE. To miało nas, przyszłych emerytów, uniezależnić od kondycji budżetu. Zmiana zasad systemu pomyślanego na dziesięciolecia podważa zaufanie do rządzących i do państwa.
Drugim argumentem przeciwko próbom grzebania przy OFE jest to, że ZUS będzie musiał kiedyś te emerytury wypłacić, i pewnie znów mu zabraknie pieniędzy. A więc państwo będzie musiało ponownie bardziej się zapożyczyć.
Pomysł Jacka Rostowskiego nie rozwiązuje problemu deficytu systemu emerytalnego. Odsuwa go tylko w czasie, a można nawet powiedzieć, że jakoś potęguje problem. Bo choćby tylko ze względu na starzenie się społeczeństwa coraz mniej osób będzie płacić składki, a emerytów przybędzie, Funduszowi Ubezpieczeń Społecznych, z którego wypłacane są świadczenia, może zabraknąć już w 2020 r. nawet 46 mld zł. A tu jeszcze przyjdzie mu dopłacać do naszych emerytur to, co przejmie od OFE. Plus odsetki. To spotęguje za kilka lat problemy finansowe FUS.
Jednak i minister Rostowski ma tu swoje racje. Dwa najbliższe lata będą naprawdę bardzo trudne. Prawdopodobieństwo, że nasz
dług publiczny przekroczy w latach 2010-11 zapisany w prawie próg 55 proc.,
PKB jest ogromne. Wtedy emeryci dostaną - zgodnie z prawem - minimalne podwyżki swoich świadczeń, a płace policjantów czy nauczycieli wręcz spadną, bo nikt im nie zrekompensuje nawet inflacji.
Tę groźbę można ominąć, zmieniając prawo: znosząc progi lub zawieszając je na te dwa lata. Wtedy jednak też stracimy, bo spadnie wiarygodność Polski, inwestorzy każą sobie słono zapłacić za to, że kupują nasze obligacje, i znów wzrosną koszty obsługi długu, które ponosimy wszyscy.
Czy zatem mamy zacisnąć zęby i, chcąc nie chcąc, potulnie pogodzić się z tym, co szykuje nam rząd?
Rząd mógłby szermować argumentem, że finanse toną i taka jest konieczność, gdyby wcześniej, albo nawet teraz podjął próbę naprawy tych finansów. Od 1999 r., gdy reforma emerytalna weszła w życie, nie znalazł się nikt, kto by miał chęć i siłę ją dokończyć. Wszyscy odkładali to na półkę, bo wydłużanie wieku emerytalnego, reforma KRUS, likwidacja przywilejów emerytalnych służb mundurowych i wymiaru sprawiedliwości groziły utratą politycznego poparcia.
Ten rząd, owszem, ograniczył część przywilejów i zmniejszył liczbę osób uprawnionych do emerytur pomostowych. Szybko jednak wycofał się z pomysłu wydłużenia czasu
pracy policjantów (dziś mogą pracować tylko 15 lat i przejść na emeryturę jako 40-latkowie), gdy związki zawodowe wydały pomruk niezadowolenia. Premier Tusk pytany o reformę KRUS - dziś rolnik milioner płaci śmiesznie niskie składki - bezradnie rozkłada ręce i mówi, że mu się koalicjant obrazi, i nie można.
Politycy PO przekonują, że reformy nie przyniosą szybkich oszczędności, a mogą nawet spowodować wzrost wydatków, bo część ludzi przyspieszy emerytury w obawie, że za chwilę będą musieli dłużej pracować. Trzeba było jednak o tym myśleć wcześniej. Dziś nie byłoby takiego pasztetu.
Minister Rostowski jest genialnym księgowym, skrupulatnie oglądającym każdy wydatek budżetu i wymyślającym sztuczki, jak ta z OFE. Szkoda, że nie ma ambicji wzięcia na siebie ciężaru inicjowania i popychania poważnych reform, zmieniających strukturę finansów publicznych. Kryzys to świetna okazja do reform, którą jak zwykle marnujemy.