Kiedy we wtorek nocą czasu europejskiego GM ogłosił, że jednak nie sprzeda
Opla faworyzowanemu przez
Niemcy konsorcjum z udziałem Rosjan,
Berlin nie krył irytacji. - Rząd Niemiec będzie się domagać zwrotu 1,5 mld euro kredytu, jaki przyznał w czerwcu Oplowi na przetrwanie kryzysu - zapowiadał minister
gospodarki Niemiec Rainer Bruederle. Pod znakiem zapytania stanęła też dalsza pomoc publiczna dla Opla. Wcześniej rząd Niemiec obiecywał nowym inwestorom 4,5 mld euro.
Tymczasem koncern GM ogłosił, że na sanację swoich europejskich fabryk potrzebuje tylko 3 mld euro. I jak przyznał szef GM Fritz Henderson, w razie konieczność amerykański koncern sam sfinansuje restrukturyzację Opla, wykorzystując na to pomoc, jaką dostał od władz
USA.
Ratując Opla na własne konto, koncern GM miałby wolne ręce w sprawie zwolnień w niemieckich zakładach. Nic dziwnego, że już wczoraj władze w Berlinie zaczęły przebąkiwać, że nie odmówią pieniędzy na sanację Opla przez GM. - Państwo nie może umywać rąk od odpowiedzialności za ludzi - tłumaczył niemiecki minister finansów Wolfgang Schaeuble. Decyzje Berlin uzależnia jednak od planów GM wobec Opla, które mają być przedstawione za tydzień.
Posadą za nielojalność wobec GM zapłaci Carl-Peter Forster, szef europejskiego działu GM i zwolennik przejęcia Opla przez konsorcjum z udziałem Rosjan. - W przyszłym tygodniu Forster złoży dymisję, a jego miejsce zajmie amerykański wiceprezes GM David Reilly - ogłosił tygodnik "Der Spiegel".