Amerykanie mawiają: "Pewne są tylko dwie rzeczy - śmierć i podatki". Polscy inwestorzy giełdowi gotowi by pewnie dodać "i zarobek na prywatyzowanych spółkach skarbu państwa". Jednak to wcale nie takie pewne. Tym bardziej jeśli ktoś bierze na ten cel kredyt, wierząc w murowany zysk. Przestrogą powinien być piątkowy debiut PGE.
Banki zarabiają na inwestorach... Takiej akcji kredytowej jak w ofercie Polskiej Grupy Energetycznej jeszcze nie było w historii
GPW. Początkowo dla drobnych inwestorów zarezerwowano akcje warte zaledwie 600 mln zł, więc powszechnie spodziewali się oni ogromnej redukcji zleceń, dlatego masowo ruszyli po kredyty, a banki pożyczyły im aż kilkanaście miliardów złotych. Mając w kieszeni 10 tys. zł, można było dostać kredyt na kolejne 100 tys. zł. Efekt był piorunujący - prawie 60 tys. drobnych inwestorów zapisało się na akcje warte 25,6 mld zł. Na głowę wypadło więc 427 tys. zł. Lekko licząc, banki zarobiły na prowizjach i oprocentowaniu co najmniej kilkadziesiąt milionów złotych. Jednak inwestorzy posiłkujący się kredytem, zanim zarobią choć 1 zł, na czysto muszą pokryć koszty kredytu.
Warunki pożyczek były różne, ale z grubsza można przyjąć, że aby odrobić koszty, akcje PGE powinny podrożeć o 12-15 proc. Kurs Praw do Akcji (PDA) na debiucie wyniósł 25,95 zł, czyli tylko 12,8 proc. powyżej ceny emisyjnej (23 zł). Przeciętnemu inwestorowi indywidualnemu wystarczyło więc na pokrycie kosztów kredytu, ale z zarobkiem było już krucho. W szczytowym momencie notowań o godz. 10 rano, gdy w błysku fleszy na warszawskim parkiecie minister skarbu Aleksander Grad ogłaszał sukces oferty PGE, kurs sięgnął 26,75 zł - czyli przebitka sięgnęła 16,3 proc.
- Niepokojący jest owczy pęd drobnych inwestorów. Bardzo łatwo ulegli emocjom i chciwości - ostrzegał przed debiutem PGE Adam Ruciński, doradca inwestycyjny z BTFG Ruciński i Wspólnicy, b. prezes Związku Maklerów i Doradców. Ale też liczył, że uda się im zarobić coś "na czysto".
To nie pierwszy przypadek, kiedy zakup na tzw. lewar akcji prywatyzowanej firmy wychodzi inwestorom bokiem. Jeszcze gorzej było po kredytowym szaleństwie przy sprzedaży akcji Polmosu
Białystok w 2005 r. Popyt był tak wielki, że drobni inwestorzy mogliby kupić trzy firmy takie jak producent słynnej Żubrówki. Banki dawały kredyt 10-12 razy wkład własny. Co z tego, skoro resort skarbu tak wyśrubował cenę emisyjną, że nie dał szansy drobnym inwestorom na zarobek. Wejście producenta Żubrówki na parkiet zakończyło się potężnym kacem. Na inauguracyjnej sesji kurs ani przez moment nie przekroczył ceny emisyjnej 80 zł. Podobnie jak przy PGE największym wygranym okazały się banki udzielające kredytów.
Jednak giełda zna też przykłady, kiedy opłacało się zaciągnąć pożyczkę na akcje, spłacić i zarobić. Sztandarowym przykładem jest
prywatyzacja PKO BP sprzed pięciu lat. Debiut PKO BP przyniósł 18-proc. przebitkę. Rok później historia powtórzyła się z PGNiG - ten debiut dał zarobić i bankom, i inwestorom.
...i dają zarobić inwestorom Z naszych wyliczeń wynika, że dotychczas najlepszymi i najbardziej stabilnymi inwestycjami wśród prywatyzowanych spółek były banki. Pokaźne przebitki na debiutach dały np. Pekao SA (29 proc.) i PKO BP (blisko 18 proc.). Co więcej, kursy banków przeważnie w dłuższym terminie systematycznie rosły, i to grubo ponad
inflację. Przykładowo, od debiutu w 1998 r. Pekao SA dał zarobić aż 209 proc. Akcje PKO BP warto było kupić i w ofercie publicznej, i podczas pierwszej sesji. Od debiutu w 2004 r. akcje banku podrożały o połowę. Inwestorzy, którzy kupili akcje PKO BP w ofercie i trzymają je do dziś, zyskali nie tylko na kursie, a dostali także premię w postaci darmowych akcji za przetrzymanie papierów przez rok.
Banki mają jeszcze jedną zaletę - przeważnie płacą regularnie dywidendy. Gwoli sprawiedliwości trzeba przypomnieć, że ich akcjonariusze też przeżyli w mijającym roku trudne chwile, gdy po upadku
Lehman Brothers kursy banków na całym świecie się załamały. Papiery PKO BP można było kupić nawet po cenie zbliżonej do emisyjnej z 2004 r.!
Giełdowa kariera spółek surowcowych (KGHM, PKN Orlen, Grupa Lotos, PGNiG) zależy przede wszystkim od cen ropy, gazu czy miedzi na międzynarodowych rynkach. Ich akcjonariusze muszą mieć o wiele mocniejsze nerwy niż akcjonariusze banków. PKN Orlen kosztuje teraz 29,60 zł, czyli zaledwie 33 proc. więcej niż dziesięć lat temu podczas debiutu giełdowego. Jednak w szczycie surowcowej hossy w 2006 r. kurs urósł do 65 zł. Warto pamiętać, że po drodze akcje PKN Orlen też przeżyły kilkuletnią bessę. Spadek ceny był tak silny, że w latach 2000-02 płacono za nie czasem nawet poniżej 16 zł, czyli dużo mniej, niż dali indywidualni inwestorzy w ofercie publicznej (18,35 zł - uwzględniając dyskonto). Podobnie było z KGHM. Debiut w 1997 r. dał zarobić 24 proc., ale już rok później z powodu bessy na rynku metali musieli liczyli straty, bo kurs spadł do zaledwie 10 zł, czyli blisko o połowę od ceny emisyjnej. KGHM, obok Pekao SA, to najlepsza prywatyzacyjna inwestycja w historii. Kurs koncernu miedziowego od debiutu zwyżkował już o 322 proc., a poza tym w ostatnich latach spółka płaciła wyjątkowo wysokie dywidendy.
Warto trzymać akcje dłużej? Inwestorowi - który bierze wielki kredyt, chce sprzedać akcje na pierwszej sesji i zgarnąć zysk do kieszeni - łatwo przypiąć łatkę spekulanta, któremu tak naprawdę nie zależy na długoterminowej inwestycji w firmę. Jednak związanie się na dłużej z firmą też jest obarczone ryzykiem, że jeśli firmie pogorszą się wyniki, to kurs pójdzie w dół. Takim przykładem jest RUCH sprywatyzowany przez ministra skarbu Wojciecha Jasińskiego, który na debiucie dał solidne 16-proc. przebicie, ale dziś kosztuje o ponad połowę mniej. To samo spotkało Zakłady Chemiczne Police wprowadzone na giełdę przez ministra Jacka Sochę. Obecny minister skarbu Aleksander Grad też rozpoczął prywatyzowanie przez giełdę od wpadki z tarnowskimi Azotami, których aktualny kurs jest poniżej kursu debiutu. Dużo lepiej wiedzie się Enei (plus 22 proc.), choć jej debiut przed rokiem, podczas kryzysu finansowego, był dużym rozczarowaniem. Sukcesy święci bardzo dobrze przyjęta przez inwestorów pierwsza krajowa kopalnia węgla kamiennego w Bogdance. Nie dość, że jej debiut dał w czerwcu tego roku solidny 17-proc. zarobek, to od tego momentu akcje podrożały o 30 proc.
To, czy firma za kilka lat będzie warta więcej niż w dniu debiutu, zależy przede wszystkim od jej wyników finansowych i umiejętności menedżerów. Niezależnie od tego, czy prywatyzował minister Wąsacz, Socha czy Grad.
Ministrowie-dobroczyńcy GPW • Emil Wąsacz
Minister skarbu w rządzie Jerzego Buzka kojarzony jest przede wszystkim ze sprzedażą PZU dla Eureko, ale duże zasługi oddał też GPW, wprowadzając na parkiet kilka wielkich spółek: Pekao SA, TP SA i PKN Orlen. Dziś należą one do największych firm wchodzących w skład WIG20. W pierwszym półroczu 2010 r. na giełdę trafi wreszcie PZU, którego prywatyzację rozpoczął Wąsacz. Pierwotnie miało to się stać w 2000 r.
• Jacek Socha
Były szef KPWiG zwykł mawiać, że prywatyzacja przez giełdę to polska racja stanu. Minister w rządzie premiera Marka Belki miał niecałe półtora roku na działanie. W 2004 r., sprzedając akcje Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych, przełamał aż pięcioletnią niemoc skarbu państwa do ofert publicznych. I rozwiązał prawdziwy worek: Zelmer, CIECh, Grupa Lotos, Polmos Białystok, Zakłady Chemiczne Police, Zakłady Azotowe Puławy. Do historii GPW przeszedł głównie dzięki ofertom PKO BP oraz PGNiG.
• Aleksander Grad
Po rządach PiS odziedziczył zamrożoną prywatyzację, bo minister skarbu Wojciech Jasiński skierował na GPW jedynie RUCH. Grad rozpoczął od nieudanej oferty Zakładów Azotowych Tarnów (strata na debiucie 6 proc.) i chłodno przyjętej przez inwestorów energetycznej Enei (1 proc. przebicia), bo sprzedanej w czasie kryzysu finansowego. Sukcesami były dopiero tegoroczne oferty Bogdanki oraz Polskiej Grupy Energetycznej. Podczas debiutu PGE minister pochwalił się, że od czerwca 2008 r. dostarczył giełdzie akcji wartych 14 mld zł.