Biznes Ludzie Pieniądze

Rocznica upadku muru: wschód miał gonić, ale leży

Bartosz T. Wieliński
08.11.2009 , aktualizacja: 08.11.2009 22:09
A A A Drukuj
20 lat po zjednoczeniu Niemiec miejsce, gdzie kończy się zachód, a zaczyna wschód widać gołym okiem
Po upadku muru Niemcy wierzyli, że Berlin zostanie gospodarczą stolicą Europy
Po upadku muru Niemcy wierzyli, że Berlin zostanie gospodarczą stolicą Europy
1 lipca 1990 r. muru w Berlinie już nie ma, ale NRD i RFN są jeszcze osobnymi państwami. Tego dnia rusza przygrywka do zjednoczenia: unia walutowa, gospodarcza i socjalna. Na wschodzie euforia - za dwie bezwartościowe enerdowskie marki zachodnioniemiecki Bundesbank wypłacał jedną zachodnioniemiecką. Wieczorem przed kamerami staje zachodnioniemiecki kanclerz Helmut Kohl, którego za kilka miesięcy Niemcy zgodnie ochrzczą "kanclerzem zjednoczenia". - W zjednoczonym kraju nikomu nie będzie żyło się gorzej. Wspólnym wysiłkiem uda nam się zamienić na nowo NRD w krainę kwitnących krajobrazów - mówił z patosem, a w sercach Niemców ze wschodu rosła nadzieja. Kilka lat później "kwitnące krajobrazy" stały się synonimem frustracji i niespełnionych obietnic, a Kohlowi przyszło za to drogo zapłacić. W wyborach w 1997 r. zniechęceni wyborcy postawili na socjaldemokratów i odesłali go na emeryturę. Jego następcą został wówczas Gerhard Schröder. Ale mimo że przez 19 lat w byłe NRD wpompowano prawie 1,5 biliona euro, kwitnących krajobrazów na wschodzie nie ma.

Jedyną dobrą wiadomością, która ostatnio dotarła ze wschodnioniemieckiej gospodarki, jest to, że dzielniej stawia czoło kryzysowi niż zachodnioniemiecka. Ale nie jest to powód do dumy. To jedynie efekt tego, że firmy na wschodzie były zbyt słabe, by eksportować swoje produkty za granicę tak masowo jak te z Zachodu. Gdy z nadejściem kryzysu niemiecki eksport się załamał, nie odczuły tak poważnych konsekwencji. Z najnowszych szacunków kolońskiego Instytutu Niemieckiej Gospodarki wynika, że trzeba będzie jeszcze 10 lat, zanim gospodarka wschodnich Niemiec osiągnie poziom najuboższych landów zachodu. Kiedy osiągnie poziom przeciętnej? Tego nikt nie odważa się jeszcze przewidywać.

Opel zamiast Trabanta

Na początku nic na to nie wskazywało. Szary socjalistyczny krajobraz dla menedżerów wielkich zachodnich koncernów był wymarzonym polem do ekspansji. Z polskiej perspektywy NRD było krainą mlekiem i miodem płynącą, ale w oczach ludzi Zachodu brakowało tam wszystkiego, od porządnych sklepów spożywczych począwszy, na stacjach benzynowych skończywszy. Inwazja zachodniego biznesu ruszyła jeszcze przed zjednoczeniem. W szarych miastach powstawały kolorowe, pełne towaru sklepy, jakby żywcem przeniesione zza Łaby. Zachodnie koncerny przejmowały państwowe kombinaty. Jednym z symboli zmian było miasto Eisenach w Turyngii. W czasach NRD produkowano w nim toporne wartburgi, sztandarowy obok trabantów produkt wschodnioniemieckiej motoryzacji. Gdy runął mur, fabrykę zamknięto, ale jednocześnie do miasta wprowadził się Opel i rozpoczął produkcję nowoczesnych vectr i cors. Fabryka w Eisenach była wówczas najnowocześniejszym zakładem Opla w Niemczech.

W miastach byłego NRD zaczął się budowlany boom. Odnawiano zaniedbane kamieniczki na starówkach i bloki z wielkiej płyty. A na dodatek ciągle budowano nowe budynki. Berlin, Lipsk, Drezno i inne wielkie miasta byłej NRD zamieniły się w wielkie place budowy. Najbardziej ambitne plany snuły władze zjednoczonego Berlina. Ponadtrzymilionowe miasto miało się dwukrotnie rozrosnąć i stać największą metropolią między Paryżem i Moskwą. Dla zachodnioniemieckich firm budowlanych, ale też dla ich polskich partnerów, którzy dostarczali na budowy tanich robotników, było to eldorado.

Gdzie jest 5 mld euro

Ale już wtedy na wschodzie nie działo się najlepiej. Ludzie, którym dano do ręki zachodnie marki, z miejsca odwrócili się od produktów, które kupowali do tej pory. Wybierali lepsze, zachodnie. Enerdowskie, jeszcze państwowe przedsiębiorstwa zaczynały upadać, tym bardziej że załamał się eksport na wschód. Już rok po zjednoczeniu zszokowani Niemcy z byłej NRD odkryli, czym jest bezrobocie. Ich frustracja rosła z kolejnym upadłym wielkim zakładem, tym bardziej że jednocześnie mnożyły się informacje o korupcji przy ich prywatyzacji. Po zjednoczeniu enerdowskie giganty przejęli nadzorowani przez rząd RFN syndykowie, a ich zadaniem było zmodernizowanie firmy i sprzedanie nowemu właścicielowi. W wielu wypadkach syndykowie za łapówki zaniżali ceny, a nowi właściciele wywozili z firm wyposażenie i doprowadzali do ich upadłości. Tak było np. w przypadku VEB Wärmeanlagenbau Deutsch-Sowjetische Freundschaft - wielkiej państwowej firmy zajmującej się budową ciepłociągów, która zaopatrywała w ciepło połowę wschodniego Berlina. Analitycy byli przekonani, że po zjednoczeniu firma szybko odnajdzie się w gospodarce wolnorynkowej. Ale w 1994 r. splajtowała. To efekt machlojek syndyka (dostał potem kilkuletni wyrok), który za zaniżoną cenę sprzedał ją podejrzanej szwajcarskiej spółce. Takich przypadków było wiele, a w niektórych miastach, np. w Halle, wokół syndyków tworzyła się prawdziwa mafia. W 1998 r. szacowano, że na korupcji przy prywatyzowaniu przedsiębiorstw byłego NRD Niemcy mogli stracić nawet 10 mld marek, czyli dzisiejsze 5 mld euro. A bezrobotnych przybywało. Już w 1991 r. w byłym NRD pracy nie miało 1,1 mln ludzi, czyli co 10. mieszkaniec. Dziś bez pracy jest tam dalej ponad milion ludzi, co trzeci niemiecki bezrobotny mieszka na wschód od Łaby.

Inwestycyjna bańka pękła już w 1993 r., a Niemcy niespodziewanie znalazły się w recesji. Przedsiębiorstwa budowlane, które po zjednoczeniu wyrastały jak grzyby po deszczu, zaczęły plajtować. Do dawnej świetności nie wróciły do dzisiaj, choć niemiecką gospodarkę udało się wówczas przywrócić na tory. Kryzys branży widać też po upadku niegdyś prestiżowego zawodu architekta. Dziś szacuje się, że w Niemczech co czwarty architekt jest bezrobotny.

Niewidzialny mur berliński

Wielkie plany odbiły się czkawką też Berlinowi. Miasto zainwestowało w nowe mieszkania, ale zabrakło chętnych, którzy chcieliby w nich zamieszkać. Natomiast całkowicie załamał się berliński przemysł. Przed 1989 r. zarówno RFN, jak i NRD traktowały zachodni i wschodni Berlin jak swoje okna wystawowe. Firmy po obydwu stronach muru suto subwencjonowano. Gdy mur upadł, przywileje się skończyły, a zaczęły się plajty. Na dodatek do Berlina nie wróciły wielkie niemieckie koncerny, które przed wojną miały nad Szprewą swoje siedziby. Stolicą niemieckich wydawnictw stał się Hamburg, instytucji finansowych - Frankfurt nad Menem, firmy ubezpieczeniowe wybrały sobie bawarska stolicę Monachium. Berlinowi pozostało tylko zarabianie na turystach. Jest chyba jedyną stolicą na kontynencie, która nie jest jednocześnie gospodarczym punktem ciężkości swojego kraju. Zresztą nawet stolicą nie jest w pełni, bo do dziś siedem ministerstw federalnych ma swoje główne siedziby w Bonn - czyli starej stolicy RFN.

W efekcie 20 lat po upadku muru Berlin zmaga się z 14-proc. bezrobociem i potwornym zadłużeniem (ponad 5 mld euro). Co gorsza, ślady po murze się nie zabliźniły. We wschodnich dzielnicach, zabudowanych głównie przez osiedla z wielkiej płyty, bezrobocie przekracza 20 proc. Wprost mówi się tam o biedzie, a frustracja i brak perspektyw pcha ludzi w szeregi neonazistowskich ugrupowań albo postkomunistycznej Lewicy - partii, która wmawia Niemcom, że czasy podziału Niemiec nie były takie złe. W ostatnich wyborach do Bundestagu partia zdobyła 12 proc. głosów. Podobnie zresztą dzieje się w całym NRD.

Kobiety wyjechały, dzieci nie ma

A na bezrobocie, biedę, słaby wzrost gospodarczy nakłada się jeszcze wyludnienie kraju. Po upadku muru z byłego NRD do zachodnich landów wyjechało ponad 1,5 mln ludzi. Wschód stracił w ten sposób swój najcenniejszy ludzki kapitał, bo opuszczali go głównie wykształceni młodzi ludzie, a w szczególności kobiety. W efekcie niż demograficzny na wschodzie jest głębszy niż w innych częściach Niemiec. Niemieckie media, opisując postenerdowską mizerię, docierały do miasteczek, w których dzieci można było policzyć na palcach jednej ręki, bo większość młodych ludzi wyjechała w poszukiwaniu lepszego życia do Hamburga czy Monachium. Zostali emeryci i sfrustrowani bezrobotni.

Flauta na wschodzie denerwuje zachodnie landy i gminy, które co roku płacą miliardy euro w ramach tzw. paktu solidarnościowego. Za te pieniądze wschodnie landy miały dogonić zachód, rozwijać infrastrukturę, wspierać powstawanie nowych miejsc pracy. Ale jak się okazało, pieniądze z reguły są marnotrawione na pensje dla urzędników czy na spłaty bieżących długów. Cierpliwość zachodu powoli się wyczerpuje, bo miasta w zachodnich Niemczech, by pomóc byłemu NRD, same się zadłużają. Jeden z samorządowców z Essen w Zagłębiu Ruhry skarżył się, że długi jego miasta rosną o milion euro dziennie. - Nie mamy na przedszkola, ale na byłe NRD płacimy 30 mln euro rocznie. Co oni z tym robią? Drezno wyremontowało swoje mieszkania komunalne, po czym je sprzedało na wolnym rynku - mówił, nie ukrywając złości. Z drugiej strony jest jasne, że bez pomocy zachodu wschodnie landy sobie nie poradzą. Pieniądze z "paktu solidarnościowego" mają płynąć do 2018 r. Przed kryzysem mówiono o przesunięciu tego terminu. Teraz to jednak wątpliwe.

Są na morzu enerdowskiej beznadziei wysepki dobrobytu. Jena stała się centrum nowoczesnych technologii, Lipsk ważnym miastem targowym. Na własnych nogach stoi też saksońska stolica - Drezno. Dobre perspektywy mimo zadłużenia ma przed sobą i Berlin. "Kwitnących krajobrazów" jednak jeszcze nie ma. - Wielkim błędem było robienie sobie tego typu nadziei - mówi Michael Hüther, szef Instytutu Niemieckiej Gospodarki. Dodaje, że NRD powoli, ale pewnie idzie do przodu. I to jest sukces zjednoczenia Niemiec.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    62 głosy