Cofanie reformy emerytalnej. To nie jest kraj dla starych ludzi
Marcin Bojanowski, Piotr Miączyński, Leszek Kostrzewski
2009-11-08, ostatnia aktualizacja 2009-11-09 11:03
Po nas choćby potop. Od dziesięciu lat politykom brakuje wyobraźni i odwagi, by dokończyć reformę emerytalną. Rząd Donalda Tuska próbuje dziś ją wręcz zawrócić
ZOBACZ TAKŻE
- Obniżka składek do OFE uderzy w warszawską giełdę (06-11-09, 21:16)
- OFE kontratakują: rząd próbuje oszukać społeczeństwo (05-11-09, 20:01)
- Polacy wyłudzają 1,5 mld zł z firm ubezpieczeniowych (28-12-09, 00:00)
- Boni: Zmiany w systemie emerytalnym nie wejdą w życie (16-11-09, 09:40)
- Mamy awanturę o podział składki na emeryturę (09-11-09, 20:16)
- J.P. Morgan chwali pomysły ministrów dotyczące OFE (09-11-09, 13:19)
- Zmiany emerytalne to kreatywna księgowość - mówi prof. Marek Góra (04-11-09, 20:40)
- Więcej pieniędzy ze składek emerytalnych powędruje do ZUS, zamiast OFE (27-10-09, 00:00)
Kiedy dziesięć lat temu startowała reforma emerytalna, byliśmy na ustach całego świata. Po raz pierwszy od wprowadzenia planu Balcerowicza Polska znowu była na czołówkach najważniejszych gazet. "Wall Street Journal" pisał o "polskiej lekcji dla Europy", a "The Economist" dodawał, że "świat może się od Polski uczyć reformatorskiej odwagi".
Do naszego kraju ściągały pielgrzymki rządowe z całej Europy, które nie mogły się nadziwić, jak udało się wprowadzić tak rewolucyjne zmiany: tak uporządkować system emerytalny, żeby państwo w przyszłości nie zbankrutowało, a przyszli emeryci nie musieli na starość biedować. I po powrocie do siebie szli w nasze ślady, na polską modłę reformując swoje systemy emerytalne. Tak zrobiła większość państw naszego regionu, w tym m.in. Bułgaria, Rumunia, Chorwacja, Słowacja i państwa nadbałtyckie.
Cel reformy był prosty: odtąd każdy sam oszczędza na własną emeryturę. Raz na zawsze miały skończyć się dopłaty do emerytur z budżetu państwa. Innego wyjścia nie było. Ze względu na starzenie się społeczeństwa i rozbuchane przywileje emerytalne stary system rozpadłby się w ciągu kilku lat jak domek z kart.
Zdecydowano, że każdy Polak będzie odkładał na emeryturę jedną piątą pensji. Część tych pieniędzy idzie do ZUS (12,2 proc.), a reszta (7,3 proc.) do prywatnych otwartych funduszy emerytalnych (OFE). Te fundusze mają dla nas zarabiać, inwestując nasze oszczędności np. w akcje giełdowych spółek czy obligacje. Wszystko w myśl zasady: ile sobie uzbierasz składek, tyle na starość dostaniesz emerytury.
Do załatwienia zostało jednak kilka ważnych spraw, których w 1999 r. nie zdążył rozstrzygnąć rząd Jerzego Buzka. Trzeba było zdecydować, kto i w jaki sposób wypłaci nowe emerytury, zlikwidować przywileje emerytalne i zachęcić Polaków, by pracowali dłużej. Miały się tym zająć kolejne rządy. Nie zrobiły prawie nic. Tymczasem bomba demograficzna tyka. Po 2020 r. na wypłatę emerytur dla dzisiejszych czterdziestokilkulatków może zabraknąć 46 mld zł rocznie, a w 2025 r. - nawet 63 mld zł.
Tuska kroczek w przód i wielki krok w tył
Rząd Donalda Tuska, zamiast dokończyć reformę, próbuje dziś ją zawrócić. Najpierw sięgnął do kasy Funduszu Rezerwy Demograficznej, do którego trafia część pieniędzy z prywatyzacji. Zgromadzone tam 7,5 mld zł pójdzie na bieżącą wypłatę emerytur, a przecież FRD miał być polisą bezpieczeństwa dla starzejącego się społeczeństwa.
Do tego w ubiegłym tygodniu ministrowie pracy i finansów zaproponowali prawdziwą rewolucję w systemie emerytalnym - przesunięcie części składki z OFE do ZUS. Dzięki temu państwo będzie miało - na papierze - mniejszy dług. Oszczędności będą pozorne, bo zadłużenie pozostanie, tyle że ukryte w ZUS i odłożone na później. Żadnego realnego problemu rząd w ten sposób nie rozwiąże. Otwiera jednak furtkę innym politykom, którzy w przyszłości będą chcieli majstrować przy systemie emerytalnym.
Ekonomiści jak jeden mąż skrytykowali ten pomysł, napisali nawet list otwarty do premiera. Donald Tusk w piątek zastrzegał, że pomysły z konferencji minister Jolanty Fedak i ministra Jacka Rostowskiego to jeszcze nie projekt rządowy, ale też całkiem się z nich nie wycofał.
Na plus trzeba obecnemu rządowi zaliczyć, że w ubiegłym roku, mimo weta prezydenta i manifestacji związkowców, przepchnął przez parlament ustawę ograniczają możliwość przechodzenia na wcześniejszą emeryturę. Ten przywilej kosztował co roku państwo 30 mld zł. Od tego roku taką możliwość będzie miało tylko 270 tys. osób pracujących w najtrudniejszych warunkach - m.in. hutnicy czy pracownicy chłodni. Przywileje straciło ponad 900 tys. osób, m.in. dziennikarze i telefonistki.
Oszczędności nie będą jednak tak duże, jak oczekiwali twórcy reformy. Rząd zafundował bowiem tym, którzy nie załapali się na wczesne emerytury, specjalne rekompensaty. Według PKPP Lewiatan mogą one kosztować podatników nawet kilkadziesiąt miliardów złotych.
Co jest jeszcze do zrobienia?
• Wypłaty emerytur. Dekadę od rozpoczęcia reformy nadal nie wiemy, jak będą wypłacane świadczenia w nowym systemie. Sprawa według twórców reformy emerytalnej miała być prosta. OFE przekażą oszczędności Polaków przechodzących na emeryturę do specjalnych zakładów emerytalnych utworzonych przez np. towarzystwa ubezpieczeniowe czy towarzystwa emerytalne, a te zakłady co miesiąc będą wypłacać emerytom świadczenia. Żaden z kolejnych rządów - AWS, SLD i PiS - nie przygotował odpowiednich przepisów. Czas naglił, bo od tego roku część kobiet miała dostawać pierwsze emerytury z nowego systemu. Rząd Donalda Tuska, mając nóż na gardle, zdecydował się w zeszłym roku na rozwiązanie przejściowe - jeszcze przez cztery lata emerytury z OFE będą nam wypłacać same OFE.
Koalicja PO-PSL przygotowała też kolejną ustawę powołującą do życia od 2014 r. zakłady emerytalne. Przez weto prezydenta Lecha Kaczyńskiego trafiła ona do kosza.
• Przywileje emerytalne. Twórcy reformy mówili jasno: żadnych przywilejów dla wybranych grup zawodowych. Tymczasem poza systemem nadal pozostają rolnicy, służby mundurowe, górnicy, a także sędziowie i prokuratorzy. I nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić.
Rząd Tuska, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, wycofał się ze zmian w Kasie Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego (KRUS), do której państwo dopłaca co roku 16 mld zł. Koalicyjni ludowcy nie chcą o tym słyszeć. Niewiele pozostało też z proponowanych wcześniej zmian dla służb mundurowych. Oznacza to, że nadal będziemy mieli 40-letnich emerytów, którzy dorabiają w firmach ochroniarskich.
Nie słychać też o reformie emerytur górniczych, do których dopłacamy 4,5 mld zł rocznie. W 2005 r. posłowie SLD wspierani przez polityków innych partii wystraszyli się petard rzucanych pod ich oknami na Wiejskiej i przygotowali dla górników specustawę. Dzięki niej już po 25 latach pracy górnicy mogą odchodzić na wcześniejsze emerytury, a na starość dostają dwa, a nawet trzy razy więcej, niż odłożą składek.
• Bezpieczne fundusze. Zmiany czekają też same OFE. Nadal nie powstały tzw. bezpieczne fundusze. Miały one chronić oszczędności osób, którym niewiele czasu pozostało do przejścia na emeryturę, inwestując głównie w bezpieczne obligacje. Jak bardzo są potrzebne, pokazał niedawny kryzys finansowy, przez który z OFE wyparowało ponad 20 mld zł.
Trzeba też ukrócić samowolę akwizytorów OFE, którzy zamiast edukować Polaków, często wprowadzają ich w błąd, żeby zgarnąć wysoką prowizję. Rząd musi też rozstrzygnąć, jak oceniać wyniki inwestycyjne funduszy, bo dotychczasowa miernik - średnia ważona stopa zwrotu - zamiast pobudzać, ogranicza tylko konkurencję między OFE.
• Wiek emerytalny. Do rozstrzygnięcia pozostaje też sprawa tego, jak długo Polacy mają pracować. Dziś kobiety pracują do 60. roku życia, a mężczyźni o pięć lat dłużej. Twórcy reformy chcieli, aby najpierw zrównano wiek emerytalny dla obu płci, a później go jeszcze wydłużono. Dzięki dłuższej pracy wypłata świadczeń odsunęłaby się o kilka lat, co ulży budżetowi. Skorzystają też przyszli emeryci, bo uciułają więcej ze składek i będą mieli wyższe świadczenia. Wiek emerytalny podnosi dzisiaj cała Europa.
Do naszego kraju ściągały pielgrzymki rządowe z całej Europy, które nie mogły się nadziwić, jak udało się wprowadzić tak rewolucyjne zmiany: tak uporządkować system emerytalny, żeby państwo w przyszłości nie zbankrutowało, a przyszli emeryci nie musieli na starość biedować. I po powrocie do siebie szli w nasze ślady, na polską modłę reformując swoje systemy emerytalne. Tak zrobiła większość państw naszego regionu, w tym m.in. Bułgaria, Rumunia, Chorwacja, Słowacja i państwa nadbałtyckie.
Cel reformy był prosty: odtąd każdy sam oszczędza na własną emeryturę. Raz na zawsze miały skończyć się dopłaty do emerytur z budżetu państwa. Innego wyjścia nie było. Ze względu na starzenie się społeczeństwa i rozbuchane przywileje emerytalne stary system rozpadłby się w ciągu kilku lat jak domek z kart.
Zdecydowano, że każdy Polak będzie odkładał na emeryturę jedną piątą pensji. Część tych pieniędzy idzie do ZUS (12,2 proc.), a reszta (7,3 proc.) do prywatnych otwartych funduszy emerytalnych (OFE). Te fundusze mają dla nas zarabiać, inwestując nasze oszczędności np. w akcje giełdowych spółek czy obligacje. Wszystko w myśl zasady: ile sobie uzbierasz składek, tyle na starość dostaniesz emerytury.
Do załatwienia zostało jednak kilka ważnych spraw, których w 1999 r. nie zdążył rozstrzygnąć rząd Jerzego Buzka. Trzeba było zdecydować, kto i w jaki sposób wypłaci nowe emerytury, zlikwidować przywileje emerytalne i zachęcić Polaków, by pracowali dłużej. Miały się tym zająć kolejne rządy. Nie zrobiły prawie nic. Tymczasem bomba demograficzna tyka. Po 2020 r. na wypłatę emerytur dla dzisiejszych czterdziestokilkulatków może zabraknąć 46 mld zł rocznie, a w 2025 r. - nawet 63 mld zł.
Tuska kroczek w przód i wielki krok w tył
Rząd Donalda Tuska, zamiast dokończyć reformę, próbuje dziś ją zawrócić. Najpierw sięgnął do kasy Funduszu Rezerwy Demograficznej, do którego trafia część pieniędzy z prywatyzacji. Zgromadzone tam 7,5 mld zł pójdzie na bieżącą wypłatę emerytur, a przecież FRD miał być polisą bezpieczeństwa dla starzejącego się społeczeństwa.
Do tego w ubiegłym tygodniu ministrowie pracy i finansów zaproponowali prawdziwą rewolucję w systemie emerytalnym - przesunięcie części składki z OFE do ZUS. Dzięki temu państwo będzie miało - na papierze - mniejszy dług. Oszczędności będą pozorne, bo zadłużenie pozostanie, tyle że ukryte w ZUS i odłożone na później. Żadnego realnego problemu rząd w ten sposób nie rozwiąże. Otwiera jednak furtkę innym politykom, którzy w przyszłości będą chcieli majstrować przy systemie emerytalnym.
Ekonomiści jak jeden mąż skrytykowali ten pomysł, napisali nawet list otwarty do premiera. Donald Tusk w piątek zastrzegał, że pomysły z konferencji minister Jolanty Fedak i ministra Jacka Rostowskiego to jeszcze nie projekt rządowy, ale też całkiem się z nich nie wycofał.
Na plus trzeba obecnemu rządowi zaliczyć, że w ubiegłym roku, mimo weta prezydenta i manifestacji związkowców, przepchnął przez parlament ustawę ograniczają możliwość przechodzenia na wcześniejszą emeryturę. Ten przywilej kosztował co roku państwo 30 mld zł. Od tego roku taką możliwość będzie miało tylko 270 tys. osób pracujących w najtrudniejszych warunkach - m.in. hutnicy czy pracownicy chłodni. Przywileje straciło ponad 900 tys. osób, m.in. dziennikarze i telefonistki.
Oszczędności nie będą jednak tak duże, jak oczekiwali twórcy reformy. Rząd zafundował bowiem tym, którzy nie załapali się na wczesne emerytury, specjalne rekompensaty. Według PKPP Lewiatan mogą one kosztować podatników nawet kilkadziesiąt miliardów złotych.
Co jest jeszcze do zrobienia?
• Wypłaty emerytur. Dekadę od rozpoczęcia reformy nadal nie wiemy, jak będą wypłacane świadczenia w nowym systemie. Sprawa według twórców reformy emerytalnej miała być prosta. OFE przekażą oszczędności Polaków przechodzących na emeryturę do specjalnych zakładów emerytalnych utworzonych przez np. towarzystwa ubezpieczeniowe czy towarzystwa emerytalne, a te zakłady co miesiąc będą wypłacać emerytom świadczenia. Żaden z kolejnych rządów - AWS, SLD i PiS - nie przygotował odpowiednich przepisów. Czas naglił, bo od tego roku część kobiet miała dostawać pierwsze emerytury z nowego systemu. Rząd Donalda Tuska, mając nóż na gardle, zdecydował się w zeszłym roku na rozwiązanie przejściowe - jeszcze przez cztery lata emerytury z OFE będą nam wypłacać same OFE.
Koalicja PO-PSL przygotowała też kolejną ustawę powołującą do życia od 2014 r. zakłady emerytalne. Przez weto prezydenta Lecha Kaczyńskiego trafiła ona do kosza.
• Przywileje emerytalne. Twórcy reformy mówili jasno: żadnych przywilejów dla wybranych grup zawodowych. Tymczasem poza systemem nadal pozostają rolnicy, służby mundurowe, górnicy, a także sędziowie i prokuratorzy. I nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić.
Rząd Tuska, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, wycofał się ze zmian w Kasie Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego (KRUS), do której państwo dopłaca co roku 16 mld zł. Koalicyjni ludowcy nie chcą o tym słyszeć. Niewiele pozostało też z proponowanych wcześniej zmian dla służb mundurowych. Oznacza to, że nadal będziemy mieli 40-letnich emerytów, którzy dorabiają w firmach ochroniarskich.
Nie słychać też o reformie emerytur górniczych, do których dopłacamy 4,5 mld zł rocznie. W 2005 r. posłowie SLD wspierani przez polityków innych partii wystraszyli się petard rzucanych pod ich oknami na Wiejskiej i przygotowali dla górników specustawę. Dzięki niej już po 25 latach pracy górnicy mogą odchodzić na wcześniejsze emerytury, a na starość dostają dwa, a nawet trzy razy więcej, niż odłożą składek.
• Bezpieczne fundusze. Zmiany czekają też same OFE. Nadal nie powstały tzw. bezpieczne fundusze. Miały one chronić oszczędności osób, którym niewiele czasu pozostało do przejścia na emeryturę, inwestując głównie w bezpieczne obligacje. Jak bardzo są potrzebne, pokazał niedawny kryzys finansowy, przez który z OFE wyparowało ponad 20 mld zł.
Trzeba też ukrócić samowolę akwizytorów OFE, którzy zamiast edukować Polaków, często wprowadzają ich w błąd, żeby zgarnąć wysoką prowizję. Rząd musi też rozstrzygnąć, jak oceniać wyniki inwestycyjne funduszy, bo dotychczasowa miernik - średnia ważona stopa zwrotu - zamiast pobudzać, ogranicza tylko konkurencję między OFE.
• Wiek emerytalny. Do rozstrzygnięcia pozostaje też sprawa tego, jak długo Polacy mają pracować. Dziś kobiety pracują do 60. roku życia, a mężczyźni o pięć lat dłużej. Twórcy reformy chcieli, aby najpierw zrównano wiek emerytalny dla obu płci, a później go jeszcze wydłużono. Dzięki dłuższej pracy wypłata świadczeń odsunęłaby się o kilka lat, co ulży budżetowi. Skorzystają też przyszli emeryci, bo uciułają więcej ze składek i będą mieli wyższe świadczenia. Wiek emerytalny podnosi dzisiaj cała Europa.
1
2
następne »
Ocena:
słabe
nic specjalnego
dobre
bardzo dobre
znakomite
3.8
60 głosów
Przeczytaj 232 komentarze na Forum
Pobierz aplikację Wyborcza.biz na:













