Zaproponowane w zeszłym tygodniu przez minister
pracy i ministra finansów zmiany dotyczące
OFE wywołały burzę. Według pomysłu Ministerstwa Finansów z naszej pensji do OFE trafiałoby nie 7,3 proc. pensji, lecz 3 proc. Różnica przekazywana byłaby do ZUS, który wydawałby pieniądze na bieżące potrzeby, a należne przyszłym emerytom odsetki jedynie dopisywał do utworzonych specjalnie kont.
- Zmiany emerytalne to kreatywna księgowość - mówił "Gazecie" prof. Marek Góra, współtwórca reformy emerytalnej z 1999 roku. - To skok rządu na kasę - dodawał Dariusz Stańko ze Szkoły Głównej Handlowej.
W poniedziałek swoje stanowisko przekazała jedna z większych instytucji finansowych, londyński oddział banku
J.P. Morgan.
Według banku ograniczenie składki do OFE oddaliłoby wizję wprowadzenia restrykcji finansowych po przekroczeniu progów ostrożnościowych.
"Chociaż wydaje się, że te zmiany zamieniają po prostu obecne zobowiązania na przyszłe zobowiązania (i mogłyby przez to stwarzać ryzyka w dłuższym terminie), słabsza groźba mocnego fiskalnego hamulca wzrostu powinna w przyszłym roku stanowić mały pozytyw dla złotego" - pisze bank w rozesłanym mediom opracowaniu.
J.P. Morgan podobnie jak minister finansów Jacek Rostowski uważa, że zmiany korzystnie wpłyną na rynek obligacji skarbowych.
"Prywatne fundusze emerytalne są kluczowymi "krańcowymi nabywcami" obligacji (czyli kupującymi tylko za daną cenę) dzięki połączeniu ogromnego dopływu gotówki z obowiązkowych składek (około 2 mld zł miesięcznie) z lokowaniem środków opartym głównie na obligacjach (obligacje skarbu państwa stanowią około 70 proc. zarządzanych aktywów)" - uważają analitycy JP Morgan.
Według nich całkowity wpływ jest jednakże pozytywny dla obligacji, gdyż podaż krańcowa obligacji, która nie spotka się z odpowiedzią ze strony funduszy emerytalnych, będzie pomimo wszystko mniejsza, a ponadto prawdopodobieństwo przekroczenia granicy 55 proc. zostaje obniżone, co zmniejsza napływ złych wiadomości.