Biznes Ludzie Pieniądze

Nasze drogie długi

Nina Hałabuz
10.11.2009 , aktualizacja: 09.11.2009 20:18
A A A Drukuj
13 zł za telefon, 20 zł za list, 110 zł za odwiedziny - tyle banki liczą sobie za ponaglanie nas w spłacaniu kredytów. W tym roku zbiorą rekordowe żniwo, bo długi rosną na potęgę.
Biurokracja skutecznie może utrudnić życie każdemu przedsiębiorcy.
Fot. iStock
Biurokracja skutecznie może utrudnić życie każdemu przedsiębiorcy.
- Powiedzieli mi, że skoro nie mam na ratę, to powinienem sprzedać telefon, na który do mnie dzwonią - mówi nam Adam z Włocławka, który w ostatnim czasie wpadł w kłopoty finansowe i nie spłacił już trzech rat z kredytu na wakacje. Bank co tydzień dzwoni do niego z ponagleniami.

Niewielu z nas zdaje sobie sprawę, ile płaci za nieprzyjemne telefony z ponagleniami, monity czy odwiedziny pracownika banku w ich domu.

O horrendalnych opłatach na własnej skórze przekonała się 30-letnia Anka z Płocka. Półtora roku temu wzięła w DomBanku kredyt we frankach. Co miesiąc oddaje 550 franków i co miesiąc postępuje tak samo - sprawdza kurs, przelicza ratę i robi przelew. Ale dwa tygodnie temu spotkała ją niemiła niespodzianka: - Dostałam z banku pismo, że przelałam za mało pieniędzy. O... 2 franki! Dalej napisali, że muszę zapłacić w sumie 46 zł - relacjonuje. Czemu tak dużo? Bo do zaległych 2 franków, czyli ok. 6 zł, DomBank doliczył 40 zł za pisemny monit!

Większość z nas nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, ile płaci za spóźnialstwo w spłacaniu rat kredytowych. Za każde upomnienie telefoniczne bank naliczy 10-15 zł. Za listowny monit - od 20 do 40 zł, w zależności od tego, czy wysyła go listem zwykłym, czy poleconym. Za wyjazd interwencyjny, kiedy pracownik jedzie do klienta, żeby go osobiście upomnieć, Lukas Bank każe sobie płacić 50, a Euro Bank - 110 zł. Pół roku zaległości może marudera kosztować kilkaset złotych. Do tego trzeba doliczyć karne odsetki od zaległej spłaty. Zadłużeni po uszy

W tym roku banki wystawią spóźnialskim klientom rekordowo wysokie rachunki za windykację: Wystarczył rok, żeby wartość nieterminowo spłacanych kredytów mieszkaniowych, samochodowych, konsumpcyjnych i ratalnych wzrosła o blisko 100 proc.: we wrześniu ubiegłego roku nieznacznie przekraczała 8,6 mld zł, a obecnie sięga już 16 mld zł.

Problem będzie narastał, bo banki powoli identyfikują klientów, których nazywają przekredytowanymi. - To osoba, której miesięczne zobowiązania finansowe przewyższają dochody - tłumaczy Mariusz Karpiński, były prezes GE Money Banku. Szacuje, że co najmniej 137 tys. osób spłaca więcej niż 10 kredytów, a ich łączne zadłużenie w połowie roku przekroczyło 15,7 mld zł. Karpiński za przykład podaje urzędniczkę z Wrocławia, która na głowie ma 22 kredyty - miesięcznie zarabia 2,3 tys. zł, a bankom powinna oddawać ponad 7 tys. zł. Tacy zadłużeni po same uszy klienci w bankowych statystykach długo prezentowali się bardzo wiarygodnie - o kredyt było łatwo, więc jedne pożyczki spłacali, zaciągając kolejne. Bez opóźnień, więc ich wiarygodność w rankingach Biura Informacji Kredytowej (BIK) rosła, a oni mogli dalej pożyczać pieniądze. Teraz ta piramida grozi zawaleniem - banki zaostrzyły kryteria udzielania kredytów i dokładniej prześwietlają tych, którzy chcą pożyczyć pieniądze. A mBank, Kredyt Bank czy PKO BP w ogóle zrezygnowały z udzielania kredytów klientom "z ulicy" i obsługują tylko tych, którzy już figurują w ich bazie.

Godzimy się na niepłacenie?

Według Biura Informacji Gospodarczej ze spłatą rat o 60 dni spóźnia się już blisko 1,5 mln klientów banków, a w przypadku miliona zaległości przekraczają pół roku. Prof. Tomasz Zaleśkiewicz, który kieruje Centrum Badań nad Zachowaniami Ekonomicznymi wskazuje, że pożyczki gotówkowe i kredyty ratalne to jedne z pierwszych zobowiązań, które przestajemy regulować, kiedy wpadamy w kłopoty finansowe. - Jednym z powodów jest to, że miesięczne raty są stosunkowo małe - zwykle nie przekraczają kilkudziesięciu złotych. Więc klienci nie płacą, obiecując sobie, że oddadzą za miesiąc - wyjaśnia.

Bankowcy przyznają, że przekredytowanie to częściowo ich wina - bo nie wszystkie korzystały z baz BIK, a agresywne kampanie marketingowe nakręcały sprzedaż. Ale jednocześnie skarżą się, że w Polsce panuje społeczne przyzwolenie na niespłacanie zaciągniętych zobowiązań. - Praktycznie 100 proc. z nas potwierdza, że regulowanie finansowych zobowiązań finansowych jest moralnym obowiązkiem. Gorzej, gdy przychodzi do oceny indywidualnych przypadków - gdy zastanawiamy się nad losem zadłużonej po uszy emerytki czy rodziny, która przeholowała z kredytem na wakacje, jesteśmy już zdecydowanie mniej stanowczy - mówi Andrzej Roter z Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych. Postawy Polaków wobec długów badał Pentor. Z jego analiz wynika, że 40 proc. z nas przyznaje, że choć niespłacanie długów jest naganne, to czasem zdarzają się sytuacje, które mogą to usprawiedliwiać - kłopoty finansowe, utrata pracy albo wypadek losowy.



Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    25 głosów

Skomentuj:

Zaloguj się. Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.

Komentarze (1)

  • marianekkkk

    0

    Ludzie codziennie są kuszeni nowinkami z zachodu. Mlodzi ludzie pragną żyć na takim samym poziomie, jak ich rówieśnicy z Zachodu. I co? Pensje głodowe, nie pewna praca to wszystko wiąże się z tym, iż "goniąc na siłę" Zachód zaciągamy nowe pożyczki i zobowiązania. Takie pożyczki pozabankowe zawsze będą u nas popularne, z właśnie takich względów jakie wymieniłem na wstępie.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX