Duńczycy mają oczywiście sporo racji. Jeśli myślimy w kategoriach czysto ekonomicznych, warto zadać sobie pytanie o porównanie kosztów walki z jakimś niepożądanym zjawiskiem - z kosztami, jakie to zjawisko za sobą pociąga. I podejmować kontrakcję tylko wówczas, gdy społeczne korzyści rzeczywiście rekompensują ponoszone koszty.
Kiedy na początku lat 90. zacząłem pracować w Banku Światowym, moje zdumienie wzbudziło to, że w przypadku licznych - i kosztownych - podróży służbowych, które musiałem wówczas odbywać, nikt nie żądał ode mnie przedstawiania rachunków i faktur za drobne wydatki. Odpowiedni departament Banku prosił tylko, żebym złożył oświadczenie, ile łącznie wydałem na posiłki, taksówki, pralnię hotelową czy telefony, a następnie bez mrugnięcia okiem wszystko zwracał. Zaciekawiony zadałem pytanie, jak to wszystko działa.
Bardzo prosto: największe rachunki (samoloty, hotele) są oczywiście przez Bank sprawdzane. Natomiast w przypadku rachunków mniejszych koszty sprawdzania i archiwizowania dokumentacji byłyby większe od korzyści.
Nawet jeśli więc ludzie nieco zawyżali wydatki i brali różnicę do kieszeni - cóż z tego? Wielkich strat z tego powodu Bank nie ponosił. Bo po pierwsze, oszczędzał na kosztach kontroli. Po drugie, wiedział, że wielkie zawyżanie wydatków i tak nie wchodziło w grę.
A po trzecie, zakładał, że gdyby ludzie wiedzieli, że każdy rachunek jest sprawdzany - żadnych oszczędności i tak by nie było, bo podróżujący rzeczywiście zaczęliby wydawać więcej, skrzętnie gromadząc rachunki. Słowem, z czysto finansowego punktu widzenia warto było wierzyć ludziom na słowo i nie sprawdzać rachunków. Podobnie jak dla duńskiego systemu opieki społecznej taniej jest akceptować nieszczelność systemu, niż za wszelką cenę ją zwalczać.
Z korupcją może jednak być inaczej. Proszę bowiem pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, o tym, że nie wszystkie społeczne koszty da się policzyć w pieniądzu. I po drugie, o tym, że są pewne choroby zakaźne, których groźne konsekwencje nie ograniczają się do bezpośrednich objawów, ale rozwijają się i przerzucają na innych.
Korupcja ma różne oblicza. Możemy mieć do czynienia zarówno z korupcją wielką, jak i małą. Wielka korupcja to wręczanie gigantycznych łapówek przy wielkich kontraktach publicznych, prywatyzacjach, "kupowanie" u polityków kształtu ustaw zgodnego z interesami jakiejś grupy firm, a czasem wręcz kupowanie sobie samych polityków.
Ponieważ zgodnie ze starą ekonomiczną maksymą nie istnieje coś takiego jak darmowy
lunch - za każdy lunch ktoś musi zapłacić. Jeśli więc wręczona wielka łapówka służy uzyskaniu przez kogoś jeszcze większego zysku (bo inaczej operacja nie miałaby sensu), ktoś musi mu ten zysk wypłacić. Zazwyczaj podatnicy. Albo konsumenci, którzy przepłacają za usługi dostarczane przez firmę, która zdołała załatwić korzystne dla siebie regulacje prawne. Ekonomiczne koszty takiej korupcji są tak wielkie, że bez cienia wątpliwości zawsze i wszędzie należy ją zwalczać.
Z drugiej strony jest też korupcja mała: bakszysz wręczany urzędnikom, zwyczajowa gratyfikacja dla pracowników publicznej służby zdrowia czy banknot wsunięty w prawo jazdy. Problemem związanym z tą korupcją jest nie tyle nawet dewastujący wpływ na gospodarkę, ile raczej jej powszechność. Tworzy bowiem ona atmosferę społecznego przyzwolenia dla korupcji, czyniąc z niej normalny element funkcjonowania państwa. W krajach, gdzie z korupcją walczy się na serio, obowiązuje zazwyczaj zasada "zero tolerancji" - a więc surowego ścigania nawet małej i ekonomicznie mało szkodliwej korupcji. Po to, by zaraza nie przenosiła się dalej.
No to warto walczyć z korupcją za wszelką cenę czy nie? Sądzę, że w kraju, w którym istnieje poważne ryzyko ukształtowania się powszechnego przyzwolenia dla korupcji, raczej tak - i to czasem bez względu na koszty. Ale przede wszystkim skutecznie, a nie za pomocą nieudolnych procedur i regulacji!