Ze stricte finansowego i makroekonomicznego punktu widzenia pierwszy rok rządu Donalda Tuska to kontynuacja tego, co miało miejsce za czasów PiS, w temacie
prywatyzacji nic się nie działo, przygotowywano jedynie grunt pod sprzedaż niektórych spółek z udziałem skarbu państwa.
W drugim roku sytuacja się poprawiła, jest jednak kilka rzeczy, które mogą niepokoić. Przede wszystkim w działaniach rządu możemy zauważyć pewien nawrót do dawnego sposobu myślenia. Obserwując to, co robi rząd, w wielu przypadkach nie możemy mówić o prywatyzacji, tylko o próbach sprzedaży części majątku spółki z zachowaniem kontroli przez skarb państwa. W kilku przypadkach ta strategia może się sprawdzić, ale docelowo może zniechęcić potencjalnych inwestorów do kupowania akcji państwowych spółek. Dobrym przykładem jest tu Enea, na którą rząd nie znalazł kupca po obcesowym potraktowaniu jednego z potencjalnych inwestorów Vattenfalla. Rząd w praktyce zabronił mu wpływania na spółkę, zabierając jednego członka rady nadzorczej, a przecież, jeśli ktoś wkłada duże pieniądze w spółkę, ma prawo oczekiwać, że będzie miał prawo głosu.
Wolałbym też, aby rząd unikał pozornych prywatyzacji, kiedy jedna spółka państwowa kupuje udziały od drugiej. Taką sytuację mieliśmy w przypadku emisji
akcji PKO BP, kiedy połowę udziałów przejął Bank Gospodarstwa Krajowego.
Jest jeszcze sprawa pobieranych przez rząd dywidend z państwowych spółek, to także jest element polityki finansowej państwa. Skoro jednak zabieramy 100 proc. dywidendy spółkom, które potencjalnie mają być w niedalekiej przyszłości sprywatyzowane, to zmniejszamy ich kapitał, a co za tym idzie, wartość. Sam minister Grad przyznał zresztą, że zbyt wiele nie udało się sprywatyzować. Jedyny pozytywny wyjątek to zakończenie sporu z Eureko, dzięki czemu skarb państwa uzyskał dostęp do pieniędzy z PZU.
Rząd musi się zdecydować, czy chce prywatyzacji, czy po prostu dąży do wyciśnięcia, co tylko się da z sektora państwowego, tylko wtedy to nie jest
prywatyzacja, ale określone operacje finansowe. Zacznijmy nazywać rzeczy po imieniu, prywatyzacja to przekazanie kontroli nad spółką prywatnemu inwestorowi. W związku z tym chciałbym wiedzieć, ile z planowanych na przyszły rok 36 mld zł to efekt prywatyzacji, a ile to inna działalność finansowa rządu. Bo jeśli rząd mówi, że nie chce tracić kontroli nad spółkami energetycznymi, to nie jest prywatyzacja.
Jeśli te rządowe praktyki się nie zmienią, w przyszłym roku trudne będzie uzyskanie pieniędzy od inwestorów branżowych, bo inwestorzy nie pozwolą sobie na wyłożenie miliardów złotych po to, aby spółkami w dalszym ciągu zarządzało państwo.
Na pewno chwalebne jest pozbywanie się resztówek, ale też rząd Tuska powinien to zrobić od razu, bo takie sprawy można załatwić praktycznie od ręki. Nie rozumiem, czemu zwlekano z tym tak długo, należało zrobić to od razu, kiedy sytuacja na rynkach finansowych była przyzwoita. Na pewno z uwagi na sytuację gospodarczą niezwykle trudne będzie też sprzedanie udziałów w małych i średnich spółkach.
Największą porażką prywatyzacyjną była oczywiście klapa prywatyzacji Enei, trudno natomiast mówić o jednoznacznym sukcesie. Na pewno pozytywem było to, że po dwóch latach rządów poprzedniego ministra skarbu Wojciecha Jasińskiego, kiedy samo słowo "prywatyzacja" było ocenzurowane, sytuacja znacznie się poprawiła - jest większy potencjał i determinacja w przeprowadzaniu projektów prywatyzacyjnych i ludzie, którzy potrafią to robić. Pozostaje tylko kwestia zderzenia się z rzeczywistością i unikania błędów, które utrudniają samą
prywatyzację.
not. mapi