Załamanie cen na
GPW trwało od połowy września 2008 i zakończyło się dopiero w lutym tego roku.
Od tego momentu WIG20 zyskał już 83 proc. Po poniedziałkowej zwyżce o 3,1 proc. indeks dwudziestu największych i najbardziej płynnych spółek znalazł się na najwyższym tegorocznym poziomie - 2429 pkt.
Ustanowienie rekordu było możliwe z kilku przyczyn. Po pierwsze dobre wyniki kwartalne pokazały dwie kluczowe spółki:
Polska Grupa Energetyczna i PKO BP. Szczególnie ważny był wynik PKO BP, bo wywołał popyt nie tylko na papiery PKO BP, ale także na inne wielkie banki, które mają kluczową rolę w obliczaniu indeksu WIG20. Po drugie mocno podrożały także firmy surowcowe. Powodem tego było kolejne osłabienie kursu dolara, w którym rozlicza się transakcje surowcami. A drożejąca na światowych rynkach ropa i miedź pociąga z reguły za sobą kursy akcji spółek surowcowych, takich jak KGHM i PKN Orlen.
Nie ma się jednak co łudzić, że świetna koniunktura na GPW to zasługa jedynie dobrej kondycji polskich spółek i zmian cen surowców. Nie byłaby możliwa bez strumienia super taniego pieniądza z zagranicy, który zalewa światowe rynki finansowe. Stopy procentowe bliskie zera w
USA i Japonii zachęcają wprost do spekulacji na gigantyczną skalę na rynkach akcji. Inwestorzy pożyczają tam masowo tani kapitał i przerzucają go w dowolne miejsce na świecie, gdzie kupują akcje. Taki jest mechanizm windowania cen np. w
Warszawie.
Choć gracze wiedzą o ryzyku, to dopóki pieniądz jest tak tani, nie rezygnują ze spekulacyjnych inwestycji, pompując w ten sposób bańkę. Tanim pieniądzem operują przede wszystkim inwestorzy zagraniczni, którzy interesują się tylko największymi spółkami. Stąd tak duża różnica między skalą wzrostu WIG20 (3,1proc.), a indeksami obrazującymi zmianę cen średnich spółek
mWIG40 (1,7 proc.) i i małych - sWIG80 (0,9 proc.).